sobota, 28 września 2013

Gorąca dynia i zielona jesień.

Jeszcze zielono, ale w trawie już muchomory.
Już od paru tygodni starałam się nie zauważać w warzywniaku pięknych , pękatych "słoneczek" dobitnie świadczących, że to już koniec lata . Uparcie nosiłam się jeszcze po letniemu. Zajadle szczękałam z zimna zębami ale broniłam ostatnich bastionów lata: krótkich spodenek do biegania, cienkich rajstop do spódnic i krótkich, cienkich kurteczek mających się do panujących temepratur jak pięść do nosa.Niestety, nie da się zakląć rzeczywistości i zatrzymać lata, trzeba się zmierzyć z pierwszą biegową jesienią, choć słońce jeszcze mami złudnym ciepłem.
Rozpoczęłam te przymiarki po ostatnim długim wybieganiu, od kupna wściekle pomarańczowej dyni i wykopalisk w szafie.
Wytropiłam geterki z długimi nogawkami, bluzy termoaktywne z długimi rękawami, komplet termoaktywnej bielizny, rękawiczki, buffy, czapkę. Niestety nie niewidkę.
I podśpiewując sobie smętnie jesienne standardy, że:
jesień idzie, nie ma na to rady...
oraz że :
ludzie znają mnie tylko z jednej, jesiennej strony...
Wszczęłam poszukiwania i próby zakupienia obuwia biegowego na zimę.
Kiepsko mi idzie. Może do wiosny coś kupię i nie będzie to: za małe, za duże, niewygodne, nie takie, nie śmakie, po prostu będzie to dobre dla mnie do biegania w tym.

Krasnoludek stwierdził że jest niefotogeniczny
Na razie staram się ogarnąć sytuację.
Przystosować znów do biegania po ciemku w tygodniu. Wcześniejszego chodzenia spać. Jakoś im zimniej, tym więcej snu potrzebuję żeby normalnie funkcjonować i mieć siłę do biegania.
Potrzebuję też więcej jedzenia, chyba żeby wytworzyć "kołdrę" na zimę, która uchroni mnie przed zamarznięciem żywcem na naszym  szałowym basenie (tak, znów zapisałam się na zimę na basen.) I nie, nie boję się dodatkowych ze 2 kg na zimę. Bo wiem, że bez nich całą zimę przechoruję, a tak wiosną same  znikną jak tylko zacznie się sałata.
Więc gotuję jesienne już smakołyki  i jem(y) z zapałem.

Korzystając z czasu podczas  długich wybiegań, ułożyłam sobie plan ogólny biegania do wiosny, bo coś widzę, że w plany szczegółowe nie mam serca się  pchać a chciałoby się półmaraton jakoś wiosną, wczesnym latem przekłusować.
Bogatsza w bolesne doświadczenia z nie przebieganego lata i parę porad wyczytanych w książkach i na forum, postanowiłam postawić na... stoicki spokój.

Biegi ścieżką przy jeżynach. Słaby pomysł.
Cotygodniowe dłuższe wybiegania na możliwie niskim tętnie.
Bez chojraczenia na kilometrażówce czy czasie biegu.
Do tego  podbiegi. Dużo podbiegów bo coraz bardziej lubię.
I czasami przebieżki. Choć przebieżki mi idą jak krew z nosa, ostatnio coraz częściej oszukuję sama siebie i przebieżki niby robię, ale pod górę.
Ale w sumie przebieżka pod górę to ciągle (chyba?) przebieżka i co z tego że podbieg?
Podbiegi mi dobrze robią, zwłaszcza na głowę.
Raz na jakiś czas krótszy, szybszy bieg albo jakiś start.
Może nawet w końcu dotrę na  ParkRun.
No i taki to wielki plan.

A co z dynią? To samo co z bieganiem.
Pierwszy jesienny sezon jedzenia dyni w moim domu.
Niby jesteśmy wszystkożerni, ale na potrawy z dyni jakoś rodziny namówić nie mogłam.  Nie i już.
Z pomocą przyszedł imbir. Zupa z dyni, optymistycznie pomarańczowa, doprawiona dużą ilością imbiru, cynamonu, kardamonu, chili i pieprzu... została pochłonięta bez kwękania.
Trudno się oprzeć takiemu rozgrzewającemu miksowi  smaków i aromatów jak za oknem jesienny wiatr, ziąb i popaduje a się akurat wróciło z wyrobionych kilometrów. Bez względu czy  przemierzało się kilometry na 2 kółkach czy w biegowych butach.
Dynia i ogień ostrych przypraw okazały się  prawdziwym balsamem na zmęczenie i jesienny ziąb wdarty aż do szpiku kości.
Ostry krem z dyni  z korzennymi przyprawami i kolendrą.
Poszłam więc za ciosem. Curry z dyni  z krewetkami i łososiem Nigelli Lawson.  Niebo, a właściwie słońce w gębie.
I świetna  potrawa na porę roku siejącą pierwszym rzutem przeziębień. Zwłaszcza w komplecie z sałatką z natki pietruszki, też Nigelli. Kurkuma, tłuszcz kokosowy, natka. Jak znalazł zestaw silnie przeciwzapalny, bakteriobójczy + masa witaminy C . Przeciwko kontuzjom, przeciwko mikrobom, rozgrzewające i jakże optymistyczne w kolorze.

Curry  z dyni na mleku kokosowym, z krewetkami i łososiem.

Truchcikiem pozdrawiam
Ratlerek.

A kot mówi, że on nie pochłaniał za to kwękał i czy w związku z tym to ON się już nie liczy?
A ja mu odpowiadam parafrazą, że owszem liczy się, ale w tym względzie, liczy się w sensie negatywnym.

Jesień jesienią, ale na szosie szał i aż nie wiadomo na co patrzeć. Wyścig na wyścigu, widowisko na widowisku.  Mistrzostwa świata takie i owakie, aż zeza chyba dostałam.
Kwiatek ze złotym medalem mistrza świata w MŚ jazdy drużynowej na czas!
Cudowne występy niemieckiej SuperMaszyny: Panzerwagen wkurzony  brakiem zwycięstwa w czasówce zaszalał w Vuelta a Espana, odbił sobie złotem na MŚ drużynowej jazdy na czas i poprawił złotem w MŚ jazdy indywidualnej na czas. No maszyna nie człowiek.
Ale najbardziej cieszącym akcentem końca lata była pierwsza edycja CykloGdynia i występ mojego domowego szoszona. Kibicowałam mało nie pękłam.

Zd. Szymon Gruchalski/cyklogdynia.pl




niedziela, 15 września 2013

10km. 51 Bieg WESTERPLATTE. GDAŃSK

51 Bieg Westerplatte w Gdańsku jest najstarszym biegiem ulicznym w Polsce.
Czułam prawdziwy zaszczyt, mogąc w nim uczestniczyć.
Niestety, był dla mnie biegiem mało satysfakcjonującym.
Z jednej strony jestem zadowolona, poprawiłam swój czas na 10km o prawie 1 minutę.
Czas netto 00:54:41
Open: 1747/2816
K open 242/ 716
K 40 33/104
A z drugiej strony, jestem okropnie z siebie niezadowolona bo wiem, że "przegrałam" ten bieg już przed startem. Na własne życzenie tylko i wyłącznie w wyniku własnej niefrasobliwości.

Ale od początku.
Bieg rozpoczynał się wprawdzie o godzinie 11 ale  wstać planowałam już o 6.40 żeby na spokojnie zjeść śniadanie, przygotować się i wyjechać z domu o 8.30.
Z zapasem czasu dotrzeć na Plac Węglowy w Gdańsku, przesiąść się na spokojnie do podstawionych tam dla biegaczy autobusów i dojechać  na Westerplatte trochę po 10tej. Żeby się rozejrzeć, rozgrzać i wystartować.
Autobusy na Placu Węglowym czekające na biegaczy. :-)
Niby proste.
Niestety  zaspałam, spanikowałam, w ostatniej chwili zmieniałam plany dojazdowe.
Śniadanie z nerwów i niewyspania zjadam tylko do połowy. Zapomniałam worka na depozyt, więc zdecydowałam się nie brać ze sobą  do autobusu żadnych dodatkowych ubrań poza tym w czym planowałam biec.
Ogólna panika, że nie zdążę zaowocowała tym, że na Westerplatte byłam już nie wiadomo po co chwilę po godzinie 9. Poznałam po drodze i już na miejscu kilkoro biegaczy, ale to choć miłe, nie zmieniało mojej sytuacji. Miałam 2 godziny do startu: za cienko ubrana, niedojedzona, niewyspana i z brakiem koncepcji, co by tu ze sobą zrobić do godziny: 11.12.
Organizatorzy biegu popisali się fantastyczną precyzją. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Natomiast ja się popisałam skrajnym brakiem organizacji i umiejętności przewidywania czegokolwiek.
Skulona na ławce po daszkiem osłaniającym trochę od wiatru, jakoś dotrwałam do czasu w którym, było sens zacząć rozgrzewkę czyli w końcu przestać trząść się i szczękać zębami z zimna.
Pierwszy raz odrobiłam rozgrzewkę sumiennie, ze wszystkimi zaplanowanymi elementami i nawet rozciąganiem.
Przy okazji spotkałam w tłumie biegaczy znajomych. Bardzo sympatyczną i bardzo usportowioną parę rowerzysto-biegaczy. Pozdrawiam!!! :-)
Trasa 51 Biegu Westerplatte.

Sam start z Westerplatte był dość nijaki. Bieg zaczyna się gdzie indziej niż meta i w związku z tym nie ma kibiców, imprezy, całej tej smakowitej otoczki przedstartowej "biegowego święta", bo całe szoł odbywa się na mecie na Placu Węglowym.
Ot, przyszedł czas to się stłoczyliśmy, coś gdzieś huknęło. Tradycyjnie my "strzały i błyskawice północy" z czasami koło 50-60 minut postaliśmy, postaliśmy, potem doczłapaliśmy do bramy startowej i dopiero mogliśmy zacząć truchtać.

Biegło mi się na początku bardzo dobrze. Porządna rozgrzewka zrobiła swoje. Nie było za dużego ścisku, trasa była wygodna,  nie znałam jej więc biegło mi się  swobodnie bez  obciążenia, że "jeszcze tyle do przebiegnięcia" za to ze sporą ciekawością, którędy będę biec. Dodatkowo bardzo mnie motywował fakt, że cały czas wyprzedzałam współbiegaczy.  Byłam naprawdę dobrej myśli.
Ta sielanka trwała do wodopoju na 5 kilometrze. Złapałam butelkę i chciałam podbiec do znajomej którą wypatrzyłam jak  brała wodę i ... straciłam moc.
Nie byłam zmęczona, zdyszana, nie miałam ciężkich nóg. W dodatku byliśmy na szczycie niewielkiego podbiegu i zrobiło się z górki. Po prostu zebrałam konsekwencje ostatnich 2 tygodni: niedospania, niedojedzenia, niebiegania regularnego i wyjątkowo intensywnego stresu.
Niby wszytko było dobrze, a nie miałam z czego biec.
Tym bardziej bolesne, że na ogół to właśnie na 3-5 km rozkręcam się. Rozbieguję się, wpadam w rytm, samo się biegnie tak przynajmniej do 8km.
Jakoś się ogarnęłam, zmobilizowałam, z trudem ale wróciłam do rytmu biegu. Ale wiedziałam, że swój bieg właśnie przegrałam sama ze sobą.
Na szczęście wbiegliśmy w miasto, gdzie pojawili się kibice. To naprawdę bardzo pomaga i mobilizuje.
Zwyczajnie wstyd jest odpuścić.

Jakoś się kulałam, choć skończyło się harcowanie a zaczęła walka o utrzymanie z grupą.
Ostatni odcinek trasy prowadził po Gdańskim bruku.
Jakby mało było mi nieszczęść, to dodatkowo jakieś 2 km przed metą nieuważnie stąpnęłam na śliski pochyły krawężnik i obsunęła mi się z niego noga, bardzo boleśnie się wykręcając.
Ale wrzasnęłam sobie w duchu kilka razy przy kilku pierwszych krokach kultowe powiedzenie jednego z moich kolarskich ulubieńców Jensa Voigta: "Shut Up Legs!" i podyrdałam jakoś dalej.
Zresztą jak wiadomo każdy ratler ma 4 kończyny dolne, to jedna sprawna mniej, nie robi w tej liczbie większej różnicy.
Mimo tych wszystkich Ratlerzych nieszczęść, zachowałam trochę optymizmu. Jak widać na zdjęciu, wypatrzona i okrzyknięta przez 1/4  część Teamu Bez Kota jakieś 600 m przed metą prezentowałam się całkiem radośnie, co nawet o dziwo zyskało odbicie w tempie końcówki. Ostatnie  +/- 100 metrów zrobiłam z oszałamiającą jak na mnie prędkością koło 4.30.
Oczywiście wolałabym biegać w takim tempie całe 10km jak "normalny człowiek" ale, że to mi nie grozi, no to jak się nie ma co się lubi, to się ma chociaż te ostatnie 100 m.

A na mecie- szoł!
Wspaniale zorganizowana impreza. Masa kibiców, czirliderki, telebim na którym kibice mogli śledzić bieg, występy, konkursy, masa biegaczy upchnięta za metą ciasno jak sardynki w puszcze, dla każdego biegacza medal, woda, izotonik.
Fajna impreza jednym słowem.
Po zdjęciach z mety widać, że przekrój startujących był naprawdę imponujący.
W pierwszej kolejności na metę wjechała  "metalowa husaria" na swoich biegowych maszynach, puszczona ze startu trochę wcześniej .
Pierwsze miejsce w stawce głównej wiadomo- Kenijczyk. Henry Kemboi z czasem: 00:30:16.


Michał Czapiński z BCT TEAM wybiegał 19 miejsce w kategorii Open z czasem 00:33:14 !  Gratulacje!
Za drugim reprezentantem  BCT TEAM Andrzejem Gużem (37:41) gnała jak gazela nieduża blondyneczka w turkusowej koszulce, zwyciężczyni w kategorii kobiet biegu na 5 km "Prześcignę raka 2013"


Biegli też Żwirek, Muchomorek i Szuwarek. Panowie też chyba zaspali, ale w przeciwieństwie do zaspanego Ratlera, dobiegli w dobrych humorach.
Na mecie było tak fajnie, że następnym razem chyba sobie pokibicuję zamiast się wysilać. Tym bardziej, że bieg można sobie pooglądać na telebimie zamontowanym na budynku Opery Bałtyckiej. ;)


Medalik, jedyna wtopa organizatorów jaką zanotowałam. Paskudny jest niewyobrażalnie.


A kot mówi, że dobrze, że został domu pilnować jak zwykle, bo go od samego oglądania zdjęć z biegania nogi bolą i nawet czirliderki mu na to nie pomagają. No może trochę.


 *zdjęcia w tym wpisie: Puchaty ,Ratler