Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka o bieganiu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka o bieganiu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lipca 2013

Nie biegasz, poczytaj. Czyli : ile wielbłądów można kupić, za złoty medal olimpijski?

"Ostatni Wyścig" Jeana Hatzfelda, to przerażająca historia, która niestety, naprawdę się wydarzyła.
Nie wiem, czy zachęcam do czytania tej książki. Jest bolesna.

Etiopczyk Ayanleh Makeda wdarł się w świat maratonów przebojem, każdy bieg Ayanleha to spektakularny sukces uwieńczony złotym medalem z Olimpiady w Pekinie.
Gwiazda jego talentu zabłysła olśniewającym blaskiem.
Jak najcudowniejsza kometa.
I jak kometa, nagle zgasła.
Po Olimpiadzie w Pekinie wybuchła afera - we krwi Ayanleha wykryto niedozwoloną substancję. Furosemid, środek moczopędny.
Historia byłaby typowa, gdyby nie jej dalszy przebieg krok po kroku odkrywany przez Jeana Htzfielda.
I gdyby nie to, że jak się okazuje wyjaśnienia padły. Zostało komisji powiedziane skąd  substancja się tam wzięła, kto, kiedy i dlaczego ją podał.
Mimo to Makeda, członek Ishim Club, mieszkający we Francji z żoną i 2 dzieci... znika.
Tak po prostu.
Był, biegał, kochały go tłumy, zdobywał medale, zapraszano go na ekskluzywne rauty.
Jego żona Tirunesh pracowała w paryskiej siedzibie UNESCO.
To dodaje tej historii jeszcze bardziej przerażającego wydźwięku. Bo tę historię poznajemy głównie z opowiadań Tirunesh, która zapłaciła cenę przynajmniej równie wielką jak sam Makeda.
To jest chyba najbardziej wstrząsające. Jej losy. Piekło jakie musiała przejść.
Po prostu znikają z Europy i kompletnie nikogo to nie obchodzi.

Parę lat później, korespondent wojenny Jean Hatzfeld, snując się między okopami kolejnej niekończącej się wojny domowej gdzieś na afrykańskiej pustyni, zauważa znajomą skądś twarz. Twarz żołnierza z kałasznikowem na kolanach. Twarz złotego Olimpijczyka z Pekinu.
Tak zaczyna się ta historia. I to dopiero początek tej potworności.




A biegowo?
Tragedia.
Już nawet nie chce mi się o tym myśleć. Więcej nie biegam niż biegam, a mimo to do biegania ciągle się nie nadaję. Teraz boli mnie kolano.
Mimo że oszczędzałam się jak mogłam w ostatnich tygodniach, nie zwiększałam dystansu, zwolniłam tempo, nie ryzykuję na zbiegach (najczęściej idę po prostu), nie wykonuję ćwiczeń które mogłyby powodować jakieś ryzyko przeciążenia. Zrezygnowałam z przebieżek, podbiegów, skipów, wyskoków. Nie biegam w Minimusach na wszelki wypadek, choć nie czułam żeby mi jakoś szkodziły. Nie biegam po asfalcie. 
Jedyne co mogę zrobić więcej, to po prostu w ogóle przestać biegać.
Nie chce mi się nawet już nic planować, bo bieganie  pod warunkiem nafaszerowania się ibupromem  do niczego nie prowadzi.
Nie wiem jak będzie. Na razie umówiłam się na wizytę u rehabilitantek w RehaSport.
Zobaczę co powiedzą.
I na dokładkę, nawet z kotem w jodze dogadać się nie możemy, który koniec karimaty jest czyj.
Próba przekupstwa w celu wysiudania pańci z karimatki.
Skoro nie działa przekupstwo...
Piechotką pozdrawiam
Ratlerek Kulawiec

Kot nic nie mówi. Zatkało go.
Jakiś pożytek chociaż z kontuzji. :))))
Albo to moja nowa fryzura.:/

I tradycyjnie nie biegowo, bo:  och och i ach ach!!!
Jedzie od trzech dni Tour de France!!!! Setna edycja.
A w nim trzy nasze młode wilczki: Kwiatkowski, Niemiec i Bodnar
Michał Kwiatkowski rozpoczął jazdę w koszulce Mistrza Polski (po wygranej wyścigu ze startu wspólnego w Sobótce). I jedzie... CUDNIE!!!
Wczoraj trzeci po pięknej sprinterskiej walce o włos za Saganem, 7 w klasyfikacji generalnej i pierwszy w młodzieżowej. Zmienił koszulkę biało-czerwoną na białą. :-)
Dziś w klasyfikacji generalnej 4.
"Kwiato"po 2gim etapie. Jeszcze z orzełkiem na koszulce. Zd.Bryn Lennon/Getty Images Europe

A jutro dostanę zawału i podejrzewam że nie będę w tym odosobniona.

Etap jazdy na czas drużynowej (Swoją drogą... nuda. Zawsze przesypiam.)
Ale Omega Pharma-Quick Step dzierży mistrzostwo świata w tej konkurencji.
A jeśli jutro potwierdzą swoje mistrzostwo i wygrają, Michał na kolejny etap założy... żółtą koszulkę lidera wyścigu.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Nie biegasz? Poczytaj: "Dogonić Kenijczyków"

"Dogonić Kenijczyków" Adharanand Finn.

Takie książki powodują, że przestaję żałować, że nie mogłam biegać tylko musiałam się pocieszać czytając o bieganiu.
Książka jest ... o bieganiu.
Teoretycznie.

"Dogonić Kenijczyków" to  chwytająca za serce historia o pięknej przygodzie i bezwzględnych zasadach świata. Naszego świata: Eurpejczyków, Amerykanów, korporacji.
Finn, na co dzień angielski reporter "Runner's World", były biegacz, zwykły facet z lekką nadwagą i fiołem na punkcie biegania naturalnego, daje się ponieść marzeniu. Pakuje manatki, rodzinę: żonę i 2 małych córeczek i jedzie do Keni spełnić swoje marzenie. Uwolnić się od kontuzji i przygotować do przebiegnięcia  maratonu. W Kenii z Kenijczykami!
Czy mu się uda?  Nie powiem.
Przeczytajcie, bo ta historia ma wiele smaczków i niesie ze sobą sporo wzruszeń.
Skłania do refleksji, niekoniecznie na temat biegania.
Finn osiedla się w Iten, stolicy kenijskiego biegania, żyje obok Kenijczyków, biega z nimi, rozmawia, pyta, podgląda, drąży.
Prowadzi nas przez kenijską codzienność na ile jest to możliwe w wykonaniu obcego - "mzungu".
Codzienność biegaczy wybitnych, średnich oraz zwyczajnie kiepskich. Tych którzy już zaznali sukcesów i tych którzy dopiero do sukcesu dążą.
Pozwala nam zajrzeć do Kenijskich obozów szkoleniowych w których żyją i trenują kenijscy mistrzowie.
 Po prawej, schowany pod czarną bluzą odpoczywa Emmanuel Mutai. Zd.: A.Finn.
Uchyla rąbka  tajemnicy, dlaczego Kenijczycy biegają i... nic więcej poza bieganiem, choć fizyczne warunki mają doskonałe także do innych sportów. Do kolarstwa chociażby.
Pozwala zajrzeć do kenijskiej szkoły, do kenijskich domów, kenijskiego dzieciństwa a momentami chyba nawet do kenijskich marzeń.
 Zd. ze zbiorów A. Finna.
 Bo my marzymy, żeby biegać jak Kenijczycy.
A Kenijczycy marzą, żeby móc biegać.
Dla nas.

Przeczytajcie koniecznie.
Tylko nie płaczcie za bardzo. :)

Kot mówi, że on też czytał i może nawet  pobiegnie jak Kenijczyk. 
I może nawet, stanie się TO już pojutrze.

Zd. ze zbiorów A. Finna.




poniedziałek, 20 maja 2013

Biegiem MARSZ!!! Czyli: "Bieganie metodą Gallowaya"

Znowu coś przeczytałam o bieganiu, aby zdrową równowagę zapewnić pomiędzy gimnastyką ciała a strawą dla umysłu w tej dziedzinie.
"Bieganie metodą Gallowaya.
Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą."
Jeff Galloway.

Metoda marszobiegania Gallowaya nie porwała mnie, ale książkę bardzo polecam.
To kompendium wiedzy podstawowej o bieganiu, napisane  w prostej formie i przystępnym językiem.
Galloway omawia rzeczy podstawowe, np:
-jak się skutecznie nawadniać na co dzień, żeby nie musieć biegać z butelką wody dystansów już całkiem sensownych.
- jak się skutecznie chłodzić podczas biegów w wysokich temperaturach.
- jak szacować swoje siły i zwiększać dystanse bez ryzyka kontuzji.
- jak wdrażać proste, bezpieczne i nie obciążające ćwiczenia szybkościowe bez zawracania sobie głowy planami biegowymi które, jednak wymagają już posiadania na koncie sporego kilometrażu.
- jak się odżywiać przed bieganiem/startem żeby uniknąć sensacji żołądkowych, lub osłabnięcia z braku energii.
Itd., itp.
Wiele prostych rad i sposobów na codzienne troski początkującego biegacza w każdym wieku.
Muszę szczerze przyznać, że czytając tę książkę zlekceważyłam ją w pierwszej chwili.
Wydała  mi się nudna, powierzchowna i męcząca.
To niestety wina typowo amerykańskiego stylu w jakim jest napisana.Przedzieranie się przez amerykańskie podręczniki "nie tylko dla orłów" to droga przez mękę, ale jak widać nie należy sądzić po pozorach bo potem trzeba będzie odszczekiwać jak Ratler teraz odszczekuje:
hau, hau, hau - każda rada Gallowaja jaką zastosowałam, zadziałała w 100%.

Niemniej jednak dodać muszę, że testowałam tylko te rady, które wydały mi się dobre dla mnie i w jakiś sposób ogólnie korespondują z moimi potrzebami i przekonaniami.
Bo np. maszerować nie zamierzam, nawet jeśli miałabym przez to biegać szybciej. Tak samo nie zamierzam uwzględniać rad z tej książki o doborze butów a rozdział z poradami dietetycznymi zwyczajnie mnie zirytował.
To jest chyba ten margines osobistych predyspozycji, przekonań, chęci i celów, którymi każdy z nas powinien się kierować na własne ryzyko.
Książkę naprawdę polecam, powinna być dołączana do każdej pary pierwszych butów biegowych początkującego biegacza.

A biegowo- no biegam, jak widać na załączonym obrazku. 

Nawet jakby biegam szybciej trochę, ale co się dziwić jak ganiam taaaakiego fajnego zajączka.


Futrzaczek mi dzielnie zajączkował po odrobieniu własnego treningu, w nadziei że zapamiętam pokazane mi leśne trasy.
Nic nie zapamietałąm, mam za dużą słabość do mężczyzn na rowerach i z tej perspektywy nie mogłam się skupić. Za to fajny czas wykręciłam (15 maja) jak na zwykły treningowy bieg po wertepach.
Człowiek ma motywację, to od razu leci prędzej.

Aktywność: 13-19 maj 2013
Między innymi dzięki schłodzeniu głowy po przetrawieniu powyższej lektury, osiągnęłam  bardzo miły stan równowagi, który pozwala mi cieszyć się bieganiem bez bólu, przemęczenia i kontuzji.
Mam wrażenie, że to dobra droga bo wykonanie mocniejszych akcentów (mniej lub bardziej zamierzonych)
nie powoduje żadnych przykrych następstw.
Nie cierpię na bóle stawów, mięśni ani nie odzywają się moje Achillesy, mimo że w przeciągu raptem 2 tygodni zafundowałam sobie :
- strat na 10 km (poprzedni odchorowałam, bolało mnie biodro i miałam zapalenie Achillesów)
- wprowadzenie  biegania w Minimusach WR10 (kocham je! biegałam w nich w tym tygodniu te 2 biegi 8 km 13 i 17 maja)
- i ostatni wyczyn jakim było przebiegnięcie wczoraj 21 kilometrów ni z gruchy ni z pietruchy.
Mistrz nawigacji po prostu się zgubił we własnym lesie mimo starań zajączka, więc co miał robić - biegł. :/

I biegiem pozdrawiam
Ratlerek

A kot mówi chichocząc pod wąsem: run Ratler, run!


Niebiegowo. Tradycyjnie.
Na 15tym, morderczym, górskim, mokrym i zimnym etapie Giro d'Italia, z Cesana Torinese do Col du Galibier, Przemek Niemiec trzeci, Rafał Majka czwarty.
W klasyfikacji ogólnej Przemek na miejscu 6, Rafał na 8.
Chyba wyślę chłopakom maila z propozycją adopcji. ;)
Przemek Niemiec tuż przed metą.







piątek, 15 marca 2013

Czy Watts czytał MacDougalla?

Kolejny powód do zadowolenia z biegania:
nowe obszary czytelnictwa do splądrowania.

Gdybym nie zaczęła biegać, w życiu nie sięgnęłabym po "Urodzonych biegaczy" Christophera MacDougalla.

Tak - wiem. Wszyscy już to czytali i opisali na swoich blogaskach, jak zwykle jestem ostatnia.
Ale jednak sobie pozwolę na własne pojazgotanie na temat "Urodzonych biegaczy"

Polecam tę książkę, każdemu fanowi SF.
Bez względu czy biega, czy bieganiem się brzydzi gorzej jak łysym robalem.
Biegacze i tak ją przeczytają i po swojemu przetrawią, będą się ekscytować i wyrywać sobie pióra z łbów czy biegać w butach czy bez, czy w amortyzowanych czy nie, czy drogich czy tanich, czy jeść mięso czy nie jeść, czy biegać 6 km czy tylko 60 a może jeszcze lepiej 160 w tą i z powrotem po lodzie, wodzie, górach i pustyni, bo tylko to jest właściwe.
Już to przerabiałam za czasów jeździectwa- naturalsi kontra klasycy- wieczna wojna nad wyższością Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą.

Moje zdanie na temat biegania boso, ukształtowało się jakieś 20 lat temu, jak przyjechałam nad morza brzeg  i ze szczęścia zaczęłam biec boso plażą. Daleko nie pobiegłam, bo ponieważ stopa moja bosa, wymieniła się argumentami z lekka nadtopioną osą, co do przebywania naraz w tym samym miejscu w uroczym zakątku plaży pełnym piachu i wodorostów.
Efekt był taki, że na egzaminach (bo na nie przyjechałam)wystąpiłam w pełnej biało-czarnej gali od góry i zielonkawych kąpielowych klapkach od dołu. Tylko one wchodziły na stopę pobitą na argumenty przez osę.
Co tu ukrywać- mało że bolało to jeszcze wyglądałam głupawo.

Wracając do "urodzonych biegaczy", fan SF zatchnie się teorią człowieka który został koroną stworzeni nie dlatego, że jak dotąd utrzymywano zlazł z drzewa i zaczął orać zamiast iskać współbraci z jakże smakowitych wszy, ale dlatego, że wyłysiał, zmalał, zaczął się pocić i... biec. :)

Christopher MacDougall
Zd.: Ed Hille / MCCLATCHY TRIBUNE

Ta teoria się KLEI.
Tak zwyczajnie, na chłopski rozum, klei się, trzyma kupy, nie ma dziur.
Takie proste klejące się teorie to sedno dobrej SF.
Bo u podstawy każdej dobrej SF leży twarda, racjonalna, przyziemna i sprawdzalna naukowo PRAWDA.
Musi być jakiś powód tego że :
-wyłysieliśmy  - aby lepiej się pocić i szybciej schnąć co świetnie chłodzi,
-jako jedyni mamy 2-poziomowy system chłodzenia woda- powietrze,
-jako jedyni mam system oddychania uniezależniony od kroku/fule/skoku,
- mamy mięsień stabilizujący trzymanie głowy podczas biegu. Szympansy mające z nami wspólne 98,7% genów - nie mają!
- mamy wielkie pośladki które niczemu nie służą podczas chodzenia. Podczas siedzenia też nie- kto chudszy, ten wie jak dokuczliwe jest siedzenie na twardym, jak mimo posiadania pośladkowej "poduchy" kości kulszowe dają czadu. Szympansy mające z nami wspólne 98,7% genów, j.w. - nie mają!
- mamy ścięgna Achillesa które do niczego nie służą podczas chodzenia. Szympansy mające z nami wspólne 98,7% genów, j.w. - nie mają!
- poświeciliśmy chwytność stóp na korzyść ich lepszego przystosowania do biegu (to już mój wkład w teorię, ale sami przyznajcie- tak zręczne manualnie stworzenie jak człowiek, było by jeszcze zręczniejsze mając 4 ręce zamiast 2. Wyobraźcie sobie utwory Mozarata grane na 4 ręce, utwory Chopina, Gershwina.... albo precyzję czwororęcznego chirurga! )
- i kluczowe- dlaczego jesteśmy tak wolni i słabi? Przeciętny szympans jest 7 razy silniejszy od dorosłego mężczyzny, ma na dodatek 4 chwytne kończyny, kły większe niż pies i jest w stanie zagryźć gazelę. Spróbujcie to powtórzyć.

Jak widać "urodzeni biegacze Tarahumara" mają we krwi
nie tylko bieganie ale i najnowsze trendy biegowej mody.
Kolor żółty ma królować na biegowych ścieżkach 2013. :)

Zd.: recycledminds.com
Ale to my, słabi, drobni, powolni, łysi, tylko 2 ręczni, bez kłów i pazurów wygryźliśmy wszystkich innych, łącznie ze wspaniałymi,  mocarnymi, inteligentnymi  neandertalczykami.

Dlaczego? Dlatego że mamy coś, czego nie ma żaden inny gatunek- wytrzymałość na długie dystanse bez względu na temperaturę oraz umiłowanie biegania.
To tłumaczy fenomen maratonów- bo musi być jakiś powód, że bez względu na aurę, geografię, cokolwiek, ludzie gromadzą się w wielkie stada, tylko po to, żeby dla zabawy, relaksu, zachcianki, po nic... przebiec sobie 42 195 m.
No na prawdę, w tym czasie można porobić wiele rzeczy które kosztują mniej potu, bólu, czasu na przygotowania, kasy na jedzenie (co zjedzone zaraz wybiegane i "apiat", w brzuchu burczy) a czasami nawet przynoszą wymierny zysk w dowolnej walucie i nie grożą kontuzją, wylądowaniem w szpitalu z wyczerpania, odwodnienia, czy może po prostu zwykłego oszalenia od tego biegania.
A jednak do maratonu w NYC potrafi się zgłosić dobrze ponad 100 (STO!) TYSIĘCY biegaczy. Z tej dzikiej chmary losowani są szczęśliwcy w ilości koło 39 tysięcy, których dopuszcza się do udziału w imprezie, no bo: "sorry men", ale nie zmieścicie się wszyscy na raz. Idźcie pobiegać gdzie indziej OK?
Maraton w NYC 2008.  Zd. zaczerpnięto z biegaj.pl
A cały ten szał niby po nic, ot tak, żeby przebiec to i dostać symboliczny medal wartości pęczka pietruszki.

Mnie to się klei- jestem zwolenniczką tezy, że człowiek tak naprawdę bardzo niedaleko odszedł od jaskiń i nic nie robi po nic. Tylko piórka zmieniliśmy- reszta jest ta sama, działąjąca na tych samych zasadach. Robimy to, na co zostaliśmy zaprogramowani.
"Jesteśmy potomkami sprytniejszych", lepiej przystosowanych, bardziej wytrwałych, zaradnych, po prostu lepszych. Robimy nie to co dyktuje wielki tłusty szef- czyli nasz mózg, ale tak naprawdę robimy ostatecznie to, co podszeptuje szara eminencja tego zarządu, odziedziczona w spadku po gadach. Mały, neurotyczny, nieufny, tępy, nieświadomy, uparty jak muł "chłopiec od mokrej roboty i ostatnia nadzieja w sytuacjach kryzysowych" - "Jego Szaro Nieoświecona Wysokość" pień mózgu. :-)

I się sypnęłam- jestem wielbicielką Petera Watssa.
I cóż że blog biegowy- jeszcze o tym napiszę.
Ciekawe czy Watts czytał MacDougala i czy biega (oj nie wygląda, ale kto go wie?)- na pewno by załapał piękno teorii urodzonych biegaczy.
Bo wystarczy wybiec i wpaść w typowy biegowy trans, i znów się klei ta teoria sama z siebie.

Cud klejąca się teoria  człowieka biegacza długodystansowego, nieustępliwego łowcy który  w szybko zmieniającym się klimacie, biegnąc z gołymi rękoma zbyt jeszcze głupi żeby wymyślić narzędzia mordu, po prostu zaganiał zwierzynę na śmierć, tłumaczy skąd ten mały, łysy cherlak wziął tyle białka żeby jego mózg mógł rosnąc jak szalony zwiększając moc obliczeniową.
Tłumaczy też, mało teraz popularny pogląd, że węglowodany jedzone jako podstawa diety nie są naszymi wrogami: nie tuczą, nie zabiją, nie powodują cukrzycy, jakże teraz modnej "opony kortyzolowej" a są konieczne i naturalne jeśli tylko żyjemy zgodnie z przeznaczeniem a nie siedzimy głownie tyłkiem na kanapie kombinując jak koń pod górę, jak by tu się nażreć a nie rozpęknąć. :-)))
NYC maraton 2011.
Zd. z the-marketeers.com
I tu zaczynają się kolejne szałowe i wciąż klejące się teorie: empatia, wyobraźnia, inteligencja, praca zespołowa, świadomość, zdolności algebraiczne ... te wszystkie rodzynki pięknie sklejone w jedną teorię człowieka urodzonego biegacza, w pyszną, rumianą , drożdżową babę nadzianą rodzynkami do wypęku.
Polecam konsumpcję mimo stylu (amerykańskiego) i chaosu w jakim jest napisana. Wiele tłumaczy.

Zjadając bezkarnie banana wieczorową porą*
choć przed chwilą jadłam jabłko, ryż i sos pomidorowy.
Dyrdaczkiem pozdrawiam
Ratlerek

A kot mówi ze żaden wyczyn, i że on jak Rysiu, też tak biegał maratony, jak był małym Murzynkiem.
?
No nie wątpię, tyle że chyba w spaniu, żarciu albo gubieniu tony futra na czas te maratony były.:/ 

 *Tak WIEM!
OWOC! Wieczorem! Zuo i tona "bad, bad" węglowodanów.
I co z tego i tak wybiegam. :)

niedziela, 17 lutego 2013

Bo Dżarka bardziej bolało.

Ratler to taki stwór, który jak coś ma zrobić, to lubi najpierw o tym poczytać.
A że początek biegania Ratlerka, nomen omen zbiegł się  z burzą  komentarzy w Internecie  na temat książki "Jedz i biegaj" Scotta Jurka, Steve Friedmana, to i Ratlerek czym prędzej nic innego, tylko pobiegł do księgarni i nabył.
O tej książce napisano na forach i blogach biegowych już chyba wszytko, więc nie będę się rozwodzić.
Przejdę do sedna.

Biegam, bo Dżarka* bardziej bolało.

Na samym początku, ciężko jest przebić się entuzjazmowi biegania przez opór ciała: powolność, ociężałość, ból mięśni, pierwsze kontuzje, łomot serca, brak oddechu, zwykłe lenistwo i myśli: i po co to całe głupie bieganie?
No każdy wie kto zaczyna, jak jest.
Miałam jeden taki bieg, który chyba był decydujący: pogoda pod psem, ślisko, nie chciało się.
Wyszłam jakimś cudem jednak biegać i nijak mi nie szło.
Tempo haniebne nawet jak na ślimaka, każdy krok ciężki jakby w buty ołowiu ktoś nasypał, w sercu łomot, w płucach ogień, a nawet jeszcze do lasu nie dobiegłam- a mam bliziutko.
I jeszcze na dokładkę staw skokowy bolał jak wściekły i to było chyba o tę jedną kroplę za dużo.

Zdjęcie: LUIS ESCOBAR
Scott Jurek na trasie  Hardrock 100 w 2007r.
I prawie bym zawróciła  i pewnie pizgnęła butami biegowymi w ciemny kąt i tyle by tego biegania było, ale byłam ledwo co  po lekturze "Jedz i biegaj" i przypomniał mi się start Dżarka w ultramaratonie Hardrock 100. Wystartował i przebiegł 100 mil po górach z zerwanymi więzadłami stopy.
I wygrał na dodatek.
100 mil... ponad 160 kilometrów...

TO MUSIAŁO DOPIERO BOLEĆ!

Przestałam smęcić i zaczęłam po prostu biegać.
Czasami mi się chce, a czasami nie. Czasami samo się biegnie, a czasami ołów w butach.
Ale zakładam buty i biegnę swoje.
Bo warto, bo Dżarka bolało bardziej a biegł niewyobrażalne dystanse, bo mnie boli mniej ale radość po biegu pewnie taka sama.
Bo tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby sobie po prostu pobiegać.

Wczoraj więc sobie pobiegałam, choć mi się nie chciało.
Nagroda była wielka.
Wyszło ponad 13 km w fajnym tempie i fajnych pulsach (jak na mnie), 1/3 po mieście, reszta po lesie gdzie spotkałam panienki sarenki. Nawet nie uciekały za bardzo, popatrzyły, pomyślały, poszły sobie.

Średni puls 161, max:170. Tempo od 6.13 do 7.55. - uśrednione: 6.53

Dużo długich łagodnych podbiegów, jeden wredny stromy i po lodzie (prawie orła wywinęłam na nim, ale jak już leciałam to w porę mi się przypomniało jak drogie są sztuczne zęby), do tego długi odcinek wąziutkim leśnym "singletrackiem"- uroczą leśną scieżynką tak wąską i ledwo wydeptaną, że trzeba biec nózia przed nózią jak modelka na wybiegu. Trochę zjeżdżania na tyłku ze ścieżki na ścieżkę a potem wdrapywania się na czworakach z powrotem w celu ominięcia przeszkód.

W dodatku cały bieg był pod wezwaniem Pana Staszewskiego, czyli został przepracowany podwójnie. 
Przypadkiem bo przypadkiem (za ciepło się ubrałam i już po pół kilometra ściągnęłam rękawiczki), ale sumiennie odpracowałam ćwiczenie  prawidłowego machania kończynami górnymi tak, aby nie zamykać klatki piersiowej, nie przykurczać rąk, rozluźnić ramiona
Wprawdzie Pan Staszewski mówi, żeby wykorzystać do tego patyki, ale ja się wstydzę biegać z patykami, więc biegłam z rękawiczkami w dłoniach.
Proste a naprawdę  świetne ćwiczenie! 
Będę je robić jak najczęściej bo zobaczyłam, że niestety jest dużo do wypracowania a rozluźnienie, obniżenie i nie przykurczanie rąk naprawdę pomaga, tak ogólnie oraz przy zbiegach bo ręce same schodzą niżej co pomaga złapać równowagę. Polecam:


Biegam po tym lesie i się nie mogę doczekać lata- tyle ścieżek czeka na mnie. :-)

Kot nic nie mówi. 
W obliczu tak potwornego zboczenia jakim jawi mu się weganizm Scotta Jurka, kot w milczeniu umknął susem na koniec świata. Czyli za kanapę.
I tylko łypie okiem, czy aby nas też nie zboczy od tego czytania, bo będzie się musiał wyprowadzić.
Ze zboczuchami unikającymi wołowinki, kurczaczka, dorszyka z lekka tylko obgotowanego na parze i  innych kocich frykasów -  mieszkał nie będzie.

* Scott Jurek, życzy sobie, aby jego polskie  nazwisko wymawiać z amerykańska. Mistrz mów i mistrz ma: Dżarek!