Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013 zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013 zawody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2013

10km, BIEG NIEPODLEGŁOŚCI 4/4 GPX Gdyni 2013. Było fajnie!

To był fajny bieg.
Wiele razy słyszałam, że najlepiej się biega, jak się biegnie bez oczekiwań. Prawda!
Nie miałam żadnych oczekiwań, nie liczyłam na nic, nie za bardzo mi się chciało. Chciałam po prostu go przebiec, żeby mieć z głowy.
Ostatni z biegów GPX Gdyni 2013, ostatnie 1/4 koła GPX do kompletu i ostatnie zawody w tym sezonie.
I w sumie cały sezon biegowy, bo czuję się już trochę zmęczona i chyba czas na mały reset.
Może nie powalają moje osiągi biegowe i kilometraż, ale dla mnie to pierwszy przebiegany rok i jednak włożony w bieganie wysiłek fizyczny i psychiczny, dają o sobie znać.
To był bieg bez oczekiwań, ale szczególny.
Według założeń jakie powzięłam zaczynając bieganie w ogóle, i wbrew własnym zasadom robiąc noworoczne postanowienia, to miał być pierwszy bieg na 10 km, jaki w ogóle pobiegnę.
Miały to być pierwsze zawody biegowe w moim życiu. :-)
Tak to szacowałam, że  po roku biegania będę w stanie przebiec jakoś pierwsze zawody na 10 km.
W głowie mi się nie mieściło, że pierwszy bieg na 10 km, czyli jakiś w ogóle niewyobrażalnie kosmiczny dystans, pobiegnę już w lutym.
A jest ostatni, czyli plan wykonany w jakichś 800%
Zaczęłam biegać jakoś tak, mniej więcej rok temu. Pierwsze zapiski z RunLoga mam z 12 grudnia 2012 r.
Pierwsze zawody Urodzinowy Bieg Gdyni 2013 na 10 km (do dziś nie wiem co mnie podkusiło żeby się zapisać i to biec?) przebiegałam z czasem 1:02:24.
Jakoś wtedy dopełzłam i byłam (jestem!) z siebie dumna, ale jak Puchaty 1/4 Teamu Bez Kota sugerował, że będę 10 km biegać  w 55 minut, to pukałam się w głowę a nawet podejrzewałam o kpiny w żywe oczy.
Taka prędkość kosmiczna?! W życiu!

I co?
I pstro! Z bolącą nogą, jakąś jesienną zamułą, w dzikim tłumie, z garminem schowanym pod rękawem i ignorowanym całe 10 km, czyli kompletnie bez kontroli tempa (no bo po co? pewnie będę biegła godzinę, noga mnie boli, kurtka mi przeszkadza i ojejku, oj tam, co się będę spinać? jakoś tam dobiegnę przecież.) , przybiegłam dziś  na metę z czasem 00:53:25. Płuc nie wypluwszy. Cuda po prostu.

Jestem zadowolona. I z dzisiejszego czasu i z samego biegania.
Przez ten rok, tak zwyczajnie polubiłam biegać.
To chyba najważniejsze. Ta frajda i chęć.

A sam bieg... To był bardzo męski bieg.

Zd. zaczerpnięte ze strony GOSIR Gdynia
Bieg ukończyło 5594 biegaczy.
W tym tylko 1451 kobiet.
W tym ja Ratlerek w K Open 350/1451 i w K40 50/193.
Robi to  w mojej głowie ciśnienie, na solidne przebieganie zimy i zobaczenie, co w wyniku tego będzie na wiosnę w 1 biegu GPX Gdyni 2014.
Dać palec, to rękę w łokciu  będę próbować użreć.

Ale do rzeczy. Bałam się tego tłumu bardzo.
Już na Biegu Świętojańskim było koszmarnie ciasno i myślałam, że ta w sumie wąska trasa nie uniesie takiej hordy ludzi.
Wydawało mi się, że to się po prostu nie uda. 6000 ludzi? No gdzie to upchnąć?!
To już nawet nie morze ludzi nad morza brzegiem. To gorący ocean ludzi, kłębiący się nad zimnym malutkim  morzem. Potop. Apokalipsa biegowa w Gdyni.
Ale było fajnie. Nie odczułam tych tłumów. Może dlatego, że nie miałam czasu na myślenie i stresowanie się.

Długo nam zajęło znalezienie miejsca do zaparkowania i spory kawałek musieliśmy dojść na start. To spowodowało, że przed Silwer Screenem byliśmy mniej niż 30 minut przed 15tą. Starczyło mi czasu na  toaletę, krótki roztrucht i nagle zostało 5 minut, a ja  daleko od linii startu a co dopiero stref startowych dla takich błyskawic północy jak ja.
Jak zaczęłam szukać swojej, to akurat spiker wydał komendę zwolnienia stref. Wszyscy ruszyli do przodu, wszystko się wymieszało a ja wpadłam po prostu w pierwsze wejście jak popadło.
Weszłam i wytrzeszczyłam oczy. Sami mężczyźni, ani pół kobiety! Matko, myślę sobie. No zadepczą mnie jak wystrzelą  do przodu, gdzie ja wlazłam?! Ale za późno było na  kombinacje bo: HUK! aż wszyscy podskoczyli. Jak zwykle wystrzał z ORP Błyskawica i po myśleniu. Trzeba dreptać, startować, nie dać się tłumowi przemielić.

Byłam przygotowana na tłum i ścisk a było lepiej niż się spodziewałam. Biegło się zachowawczo, ale w miarę komfortowo. Były momenty ścisku, zwłaszcza na ostrych zakrętach. Były momenty, że biegłam wolniej przyblokowana przez "towarzystwa wzajemnej adoracji", ale że  nie miałam ciśnienia na czas, to nie irytowało mnie to.

Irytowało mnie natomiast co innego. Moja głupota, która kazała mi wystartować w wiatrówce.
Po co ja tą wiatrówkę założyłam to nie mam pojęcia.
Temperatura wiedziałam jaka jest (koło 9 st C) i niby wiedziałam, że najlepiej by mi się biegło w spodenkach 3/4 i samej bluzie cienkiej z długim rękawem. Ale nie, jest listopad, to założyłam długie gatki i jeszcze wiatrówkę i buffa na głowę w roli szerokiej opaski. Dzięki Bogu, że gdzieś zapodziałam rękawiczki bo pewnie też bym je wzięła ze sobą i to już by chyba było za dużo i by mnie szlag trafił!

Po kilometrze zdarłam z głowy buffa. Po dwóch na poważnie rozważałam wyrzucenie wiatrówki. Serio, miałam jej tak dość, że planowałam wrzucić ją za jakieś ogrodzenie czy w  krzaki i liczyć, że ją może jutro znajdę. A jak nie znajdę to czort z nią i tak jest paskudna.
Wiatrówkę uratował przypadek. Jak ją z siebie zdarłam, to  niechcący mi się zawiązała na biodrach na supeł.
Nie miałam cierpliwości się z supłem szarpać i chyba tylko to ją ocaliło, bo zawiązana na biodrach i szurgająca po nogach i tyłku, przeszkadzała mi potwornie do samego końca!

Trasa mijała mi bez dramatów i płuc wypluwanych na buty. Biegło mi się lekko mimo zblokowanej, sztywnej łydki (jakiś problem mam z boku nogi w miejscu w którym właściwie nie ma nic, co mogłoby powodować problem. Ale od czego jest Ibuprom? ;) )
Garmin zignorowany nie mieszał w głowie.
Do tego kibice.
Cudowni! No na prawdę tak jeszcze nie było.
Kibice na tej trasie zawsze dopisywali, ale tym razem to było aż niewiarygodne . MASA ludzi. Poprzebieranych, hałasujących, przybijających 5tki całymi szpalerami, grający na czym popadło, machający transparentami.
Było uciechy i z kibiców: pan starszy przy krawężniku trzymał się za głowę i wygłaszał polską litanię: "ja pier.., k.. mać, itd.  ALE WAS BIEGNIE!!!! No ja pier..." i tak chyba w kółko.

Najbardziej rozbawił mnie jednak przybity do drzewa transparent z tekstem "Biegnij Wiewióreczko!"
Wiewióreczce gratuluję wiernego kibica!

Następny w kolejności rozbawiania Ratlera, był biegacz, osobnik który najpierw prawie wpędził mnie do grobu. Biegł facecisko jakiś czas równolegle ze mną i co parę metrów pluł, smarkał, charchał. No cholery można było dostać.
Az w końcu  charchnął, zamierzył się i... napluł sobie tym świństwem centralnie na własny but!
Hehe, jest sprawiedliwość na świecie. Chyba mocno go to skonfudowało, bo najpierw przestał pluć,  a potem w ogóle  gdzieś został z tyłu. Niektórzy jak sobie nie pluną to nie ubiegną najwyraźniej.

Na świętojańskim podbiegu biegłam kawałek za "rydwanem ognia". Dziarski młodzian holował za ręce 2 dorodne panny.  Bardzo sympatycznie to wyglądało ale stwierdziłam, że skoro ja nikogo nie holuję, to mam parę ich obiec. Obiegłam.

 A już na bulwarze, wyprzedził mnie taki piękny biegacz! No jak się nie uśmiechnąć?!

Zd. zaczerpnięte ze strony GOSIR Gdynia.

I w tak dobrym humorze, wpadłam w ostatnia już alejkę gdzie do finiszu przygrywali chłopcy z gdyńskiej kapeli i tak grali, że jakbym miała taki podkład muzyczny całą trasę, to bym ją chyba poniżej 50 minut przeleciała. A tak przynajmniej całkiem do ludzi podobny finisz odstawiłam.

I medalik, ostatnie 1/4 koła GPX Gdyni 2013.


Całe kółeczko.


A kot mówi, że jest że mnie dumny. 
Ja z niego też. Nie każdy by umiał tak konsekwentnie nie biegać, jak on konsekwentnie nie biega.

niedziela, 13 października 2013

Uważaj na nogi! Czyli KARWINY BIEGAJĄ 2013 - 8km po lesie.

KARWINY BIEGAJĄ 2013, edycja druga.
Bieg po terenie TPK, 8 km.

"Uważaj na nogi i skup się trochę" chyba sobie wytatuuję na czole, po dzisiejszym biegu na gdyńskich Karwinach.
Podeszłam do tego biegu na luzie i z zadowoleniem.
Bieg prawie pod domem, po okolicznym lesie, pogoda do biegania idealna, w lesie sucho i pięknie.
No czy może być bardziej komfortowo?

Pakiet odebrałam po śniadaniu, spacerkiem do biura startowego sobie poczłapawszy pod rękę z Puchatkiem.
Zad z fotela podniosłam i założyłam buty do biegania raptem  40 minut przed startem, potruchtałam na start w ramach rozgrzewki, dotarłam na miejsce z zapasem.
Na luziku  załatwiłam sobie wór depozytowy, porozglądałam się, poszwendałam. Spokojna i nie zestresowana, żadnej nerwówki, marznięcia, histeryzowania, głodowania przed startem.
Starczyło mi nawet czasu żeby pokontemplowawszy liczne psy towarzyszące kibicom, postanowić nie migać się i porozciągać spokojnie w krzakach na wzór czworonożnych (jeszcze) przyjaciół Ratlera.
Przedstartowy Jogoratler z głową w dole.
Rozciągnięta i już z tego luksusu jogowania całkiem rozproszona, z jakiegoś powodu przesznurowałam sobie buty na luźniej i wszczęłam rozmowę z miłymi współbiegaczkami. Tak się zaaferowałam, że radośnie w depnęłam w psią bombę. Szlag by trafił cholerne psy!
Biec tak nie idzie bo obrzydliwie, intensywna akcja oczyszczania buta w trakcie a start już za momencik. Zanim się ogarnęłam to już wszyscy stali stłoczeni na starcie, więc wylądowałam gdzieś na szarym końcu. Wspólne odliczanie i start.
Ubiegłam nie wiem, z 200 metrów i nawet jeszcze się nie zaczęłam rozpędzać tylko w tłumie biegłam szybszym truchtem  i... wykopyrtnęłam się o własne łapy jak długa. Na równej drodze, ani w górę ani w dół. Nikt mnie nie popchnął, nie zabiegł drogi, nie było wertepów. Chyba zaczepiłam czubkiem buta o kamień? Nawet nie wiem co tam mogło być oprócz moich własnych nóg.
Życzliwi współbiegacze pozbierali mnie z gleby (WIELKIE dzięki za pomoc!), otrzepali z grubsza, upewnili się, że nic mi nie jest i pobiegłam dalej.
Ale para ze mnie zeszła mocno, bo i tak startowałam z końca stawki a teraz jeszcze masa osób przeleciała  zanim się pozbierałam.  Zła na siebie byłam okropnie, rozproszona już kompletnie, tylko się oglądałam czy już jestem ostatnia, czy może  ktoś tam za mną jeszcze się litościwie kolebie.
No ale biegniemy, sapiemy, dajemy. W lesie na trasie biegu Polska Złota jesień i kilka niespodzianek.
Po pierwsze okazało się, że nie umiem biegać z tłumem po lesie.
Na biegach ulicznych jest inaczej. Po prostu jest miejsce, nawet w ścisku można  w miarę komfortowo kluczyć między ludźmi, wyprzedzać nie  trwoniąc sił na bieganie po gorszej nawierzchni od wyprzedzanych.
Jakoś tego nie przemyślałam, że w lesie będzie dużo biegło się właściwie gęsiego bo spora część trasy prowadzić będzie wąskimi, jednoosobowymi ścieżkami. Więc albo biegnie się grzecznie gęsiego cudzym tempem, albo trzeba zbiec z twardego na piach i wertepy pod liśćmi i zarzynać się podwójnie  przy wyprzedzaniu.
Długo truchtałam jak ten dureń gęsiego, przeżywając wywiniętego orła zanim  przyszło mi do głowy, że albo wyjdę z szeregu, albo tak będę się kulać i użalać nad sobą bez sensu.

Druga niespodzianka to podbiegi wplanowane w trasę.
Niby wiem co oferuje TPK, ale jak je zaczęłam podbiegać, to mina zrzedła mi mooocno. Tej części lasu nie znam, ale aż takiego hardkoru się nie spodziewałam na osiedlowym biegu.
Ale bywało wesoło.
Na wyjątkowo ostrym podbiegu wszyscy zgodnie przeszliśmy do marszu, a sprytny biegacz sapiący za mną wystąpił z zapytaniem, czy nie mogłabym go wziąć na plecy bo się zmęczył.
Ooo, no człowieku, kto kogo?! Kiedyś to byli dżentelmeni, a teraz bierz chłopa na plecy kobieto?
W dodatku okazało się na zbiegach, że bez sensu sobie buty przed startem przesznurowałam, bo teraz jest za luźno i mi kłapają na nogach.
Nie zdecydowałam się zatrzymać i przesznurować na mocniej, to już bym mogła zawrócić i iść do domu po prostu. Jakoś dobiegłam w kłapiących butach i w sumie nawet fajnie było.
Trasa super, jakby się człowiek uparł, to by się na tych podbiegach zarżnął w trupa. Tego  niestety ciągle jakoś nie umiem, tylko biegam sobie mocno asekuracyjnie.
Pod koniec tak chyba już zdenerwowałam moją indolencją biegową towarzyszącego mi momentami na rowerze Puchatka, że podjechał i syknął za mną : "WYPRZEDŹ tą dziewczynę!!!" i się okazało, że mam całkiem z czego wziąć się w troki i docisnąć na dłuuugim całkiem finiszu.
Pod koniec takiego biegu przebiegniętego rzetelnie, to w sumie nie powinnam już mieć aż takiego zapasu.
Oj, trzeba się wziąć i nauczyć mobilizować a nie tak turlać tylko na 3/4.

Na mecie medalik i dopiero oględziny i "lizanie ran". Najgorzej, że ulubione spodenki biegowe porwałam na kolanie. Za parę dni nie będzie śladu na nodze po szlifie, a spodenek szkoda.

Pobiegłam to w czasie 00:46:46
OPEN K - 27
K40 - 5
Na razie nie wiem ile osób w ogóle biegło i jaki był udział  pań w mojej kategorii wiekowej, więc drżę sobie, że może byłam w niej ostatnia. Zapisanych było ponad 260 biegaczy. Zaskoczyło mnie, że aż tak dużo jak na taki lokalny bieg.  Fajnie, bo organizacja była  w porządku i wszytko szło zgodnie z rozpiską.
Bardzo miła impreza biegowa.
Medalik.
A kot zdegustowany. Mruczy pod nosem coś o bardzo niebezpiecznych konkurencjach sportowych i kto go będzie karmił jak sobie wszyscy w końcu kulasy połamią, albo i gorzej?!
I jeszcze o kimś, kto mi bardzo, bardzo zaimponował. Jako ostatnia, przybiegła dzielna mama biegaczka z dwójką naprawdę malutkich jeszcze dzieci. Przebiegła ona z dziećmi całą tą niełatwą i wcale nie krótką trasę. Dzieci towarzyszyły mamie biegaczce na maluśkich rowerkach.
Idę o zakład, że musiała na stromych podbiegach rowerki, a może i dzieci zwyczajnie wnosić. Jeden z podbiegów był IMO kompletnie poza zasięgiem tak malutkich dzieci,. A już nie ma mowy, żeby dziecko wtarabaniło pod niego swój rowerek. Samo musiałoby chyba wdrapywać się tam na czworakach.
Bardzo pani GRATULUJĘ! :-)


Są wyniki:
OPEN 132/180 (:/ błe, słabawo)
OPEN K - 27/50
K40 - 5/11

niedziela, 15 września 2013

10km. 51 Bieg WESTERPLATTE. GDAŃSK

51 Bieg Westerplatte w Gdańsku jest najstarszym biegiem ulicznym w Polsce.
Czułam prawdziwy zaszczyt, mogąc w nim uczestniczyć.
Niestety, był dla mnie biegiem mało satysfakcjonującym.
Z jednej strony jestem zadowolona, poprawiłam swój czas na 10km o prawie 1 minutę.
Czas netto 00:54:41
Open: 1747/2816
K open 242/ 716
K 40 33/104
A z drugiej strony, jestem okropnie z siebie niezadowolona bo wiem, że "przegrałam" ten bieg już przed startem. Na własne życzenie tylko i wyłącznie w wyniku własnej niefrasobliwości.

Ale od początku.
Bieg rozpoczynał się wprawdzie o godzinie 11 ale  wstać planowałam już o 6.40 żeby na spokojnie zjeść śniadanie, przygotować się i wyjechać z domu o 8.30.
Z zapasem czasu dotrzeć na Plac Węglowy w Gdańsku, przesiąść się na spokojnie do podstawionych tam dla biegaczy autobusów i dojechać  na Westerplatte trochę po 10tej. Żeby się rozejrzeć, rozgrzać i wystartować.
Autobusy na Placu Węglowym czekające na biegaczy. :-)
Niby proste.
Niestety  zaspałam, spanikowałam, w ostatniej chwili zmieniałam plany dojazdowe.
Śniadanie z nerwów i niewyspania zjadam tylko do połowy. Zapomniałam worka na depozyt, więc zdecydowałam się nie brać ze sobą  do autobusu żadnych dodatkowych ubrań poza tym w czym planowałam biec.
Ogólna panika, że nie zdążę zaowocowała tym, że na Westerplatte byłam już nie wiadomo po co chwilę po godzinie 9. Poznałam po drodze i już na miejscu kilkoro biegaczy, ale to choć miłe, nie zmieniało mojej sytuacji. Miałam 2 godziny do startu: za cienko ubrana, niedojedzona, niewyspana i z brakiem koncepcji, co by tu ze sobą zrobić do godziny: 11.12.
Organizatorzy biegu popisali się fantastyczną precyzją. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Natomiast ja się popisałam skrajnym brakiem organizacji i umiejętności przewidywania czegokolwiek.
Skulona na ławce po daszkiem osłaniającym trochę od wiatru, jakoś dotrwałam do czasu w którym, było sens zacząć rozgrzewkę czyli w końcu przestać trząść się i szczękać zębami z zimna.
Pierwszy raz odrobiłam rozgrzewkę sumiennie, ze wszystkimi zaplanowanymi elementami i nawet rozciąganiem.
Przy okazji spotkałam w tłumie biegaczy znajomych. Bardzo sympatyczną i bardzo usportowioną parę rowerzysto-biegaczy. Pozdrawiam!!! :-)
Trasa 51 Biegu Westerplatte.

Sam start z Westerplatte był dość nijaki. Bieg zaczyna się gdzie indziej niż meta i w związku z tym nie ma kibiców, imprezy, całej tej smakowitej otoczki przedstartowej "biegowego święta", bo całe szoł odbywa się na mecie na Placu Węglowym.
Ot, przyszedł czas to się stłoczyliśmy, coś gdzieś huknęło. Tradycyjnie my "strzały i błyskawice północy" z czasami koło 50-60 minut postaliśmy, postaliśmy, potem doczłapaliśmy do bramy startowej i dopiero mogliśmy zacząć truchtać.

Biegło mi się na początku bardzo dobrze. Porządna rozgrzewka zrobiła swoje. Nie było za dużego ścisku, trasa była wygodna,  nie znałam jej więc biegło mi się  swobodnie bez  obciążenia, że "jeszcze tyle do przebiegnięcia" za to ze sporą ciekawością, którędy będę biec. Dodatkowo bardzo mnie motywował fakt, że cały czas wyprzedzałam współbiegaczy.  Byłam naprawdę dobrej myśli.
Ta sielanka trwała do wodopoju na 5 kilometrze. Złapałam butelkę i chciałam podbiec do znajomej którą wypatrzyłam jak  brała wodę i ... straciłam moc.
Nie byłam zmęczona, zdyszana, nie miałam ciężkich nóg. W dodatku byliśmy na szczycie niewielkiego podbiegu i zrobiło się z górki. Po prostu zebrałam konsekwencje ostatnich 2 tygodni: niedospania, niedojedzenia, niebiegania regularnego i wyjątkowo intensywnego stresu.
Niby wszytko było dobrze, a nie miałam z czego biec.
Tym bardziej bolesne, że na ogół to właśnie na 3-5 km rozkręcam się. Rozbieguję się, wpadam w rytm, samo się biegnie tak przynajmniej do 8km.
Jakoś się ogarnęłam, zmobilizowałam, z trudem ale wróciłam do rytmu biegu. Ale wiedziałam, że swój bieg właśnie przegrałam sama ze sobą.
Na szczęście wbiegliśmy w miasto, gdzie pojawili się kibice. To naprawdę bardzo pomaga i mobilizuje.
Zwyczajnie wstyd jest odpuścić.

Jakoś się kulałam, choć skończyło się harcowanie a zaczęła walka o utrzymanie z grupą.
Ostatni odcinek trasy prowadził po Gdańskim bruku.
Jakby mało było mi nieszczęść, to dodatkowo jakieś 2 km przed metą nieuważnie stąpnęłam na śliski pochyły krawężnik i obsunęła mi się z niego noga, bardzo boleśnie się wykręcając.
Ale wrzasnęłam sobie w duchu kilka razy przy kilku pierwszych krokach kultowe powiedzenie jednego z moich kolarskich ulubieńców Jensa Voigta: "Shut Up Legs!" i podyrdałam jakoś dalej.
Zresztą jak wiadomo każdy ratler ma 4 kończyny dolne, to jedna sprawna mniej, nie robi w tej liczbie większej różnicy.
Mimo tych wszystkich Ratlerzych nieszczęść, zachowałam trochę optymizmu. Jak widać na zdjęciu, wypatrzona i okrzyknięta przez 1/4  część Teamu Bez Kota jakieś 600 m przed metą prezentowałam się całkiem radośnie, co nawet o dziwo zyskało odbicie w tempie końcówki. Ostatnie  +/- 100 metrów zrobiłam z oszałamiającą jak na mnie prędkością koło 4.30.
Oczywiście wolałabym biegać w takim tempie całe 10km jak "normalny człowiek" ale, że to mi nie grozi, no to jak się nie ma co się lubi, to się ma chociaż te ostatnie 100 m.

A na mecie- szoł!
Wspaniale zorganizowana impreza. Masa kibiców, czirliderki, telebim na którym kibice mogli śledzić bieg, występy, konkursy, masa biegaczy upchnięta za metą ciasno jak sardynki w puszcze, dla każdego biegacza medal, woda, izotonik.
Fajna impreza jednym słowem.
Po zdjęciach z mety widać, że przekrój startujących był naprawdę imponujący.
W pierwszej kolejności na metę wjechała  "metalowa husaria" na swoich biegowych maszynach, puszczona ze startu trochę wcześniej .
Pierwsze miejsce w stawce głównej wiadomo- Kenijczyk. Henry Kemboi z czasem: 00:30:16.


Michał Czapiński z BCT TEAM wybiegał 19 miejsce w kategorii Open z czasem 00:33:14 !  Gratulacje!
Za drugim reprezentantem  BCT TEAM Andrzejem Gużem (37:41) gnała jak gazela nieduża blondyneczka w turkusowej koszulce, zwyciężczyni w kategorii kobiet biegu na 5 km "Prześcignę raka 2013"


Biegli też Żwirek, Muchomorek i Szuwarek. Panowie też chyba zaspali, ale w przeciwieństwie do zaspanego Ratlera, dobiegli w dobrych humorach.
Na mecie było tak fajnie, że następnym razem chyba sobie pokibicuję zamiast się wysilać. Tym bardziej, że bieg można sobie pooglądać na telebimie zamontowanym na budynku Opery Bałtyckiej. ;)


Medalik, jedyna wtopa organizatorów jaką zanotowałam. Paskudny jest niewyobrażalnie.


A kot mówi, że dobrze, że został domu pilnować jak zwykle, bo go od samego oglądania zdjęć z biegania nogi bolą i nawet czirliderki mu na to nie pomagają. No może trochę.


 *zdjęcia w tym wpisie: Puchaty ,Ratler

sobota, 22 czerwca 2013

10km, NOCNY BIEG ŚWIĘTOJAŃSKI, 3/4 GPX Gdyni 2013.

Noc Kupały i 4363 osoby w biegu. :-)
O-RA-NY!
Taka kupa ludzi, dobiegła do mety w gdyńskim Nocnym Biegu
Świętojańskim 2013 a wśród nich, dobiegł Świętojański Ratler.

Przyjechałam na start jakieś 40 minut wcześniej eskortowana przez 1/4 część Teamu Bez Kota i od razu po wyjściu z samochodu wpadliśmy w tą cudowną atmosferę "Miasta Które Biega". To jest naprawdę niesamowite przeżycie, zwłaszcza nocą. Bardziej mnie to rusza nawet, niż samo już biegnięcie. Ta atmosfera oczekiwania, wspólnego celu, porozumienia.  Tworzy się jakaś magia.
Tłum ludzi zdążający w jednym kierunku  z tym samym zamiarem. Tłum w biegowych ciuchach, rozmawiający o bieganiu, truchtający w tą i z powrotem, mający 1 cel - pobiec.
Euforia fruwa w powietrzu, gęstsza i szybsza niż tegoroczne stada komarów. Komarom da się uciec, euforia biegania dopada bez względu na tempo.
Przydała mi się ta zaraźliwa euforia, bo  w formie byłam kiepskiej. Po koszmarnym dniu w pracy, wyżebranym nastawianiu kręgosłupa w ostatniej chwili, wymięta psychicznie, wymęczona fizycznie, zwyczajnie senna i wciąż nie w formie w wyniku nękających bóli nóg i krzyża, potrzebowałam trochę motywacji.
W dodatku koleżanka Franklina która przyjechała do Gdyni na bieg, tak się skutecznie zawieruszyła w tłumie biegaczy i kibiców, żeśmy się w końcu nie znalazły.
Szkoda.
Ale mimo wszytko, to był fajny bieg.

Odrobiłam krótką ale nawet jak na mnie solidną rozgrzewkę i czas się zrobił ustawiać na start. Po dojściu do stref... zatkało mnie. Takiego ścisku nie widziałam jeszcze. Ludź przy ludziu, upchnięci jak sardynki w puszce. Trzeba było się dosłownie wpychać w tłum depcąc ludziom po nogach. Nie bardzo  byłam zdecydowana w którą strefę mam wejść-  były z góry poprzydzielane a ja niezbyt uważnie przeczytałam SMSa. A jak się już wepchnęłam i rozejrzałam po numerkach startowych sąsiadów, to dopiero  skojarzyłam że jednak wlazłam nie w swoją strefę tylko jedną dalej. Ale że wepchnęłam się w sam środek, to już mi się nie chciało wyłazić i drugi raz wpychać. Sobie pomyślałam : "a tam, pewnie będą biec moim tempem, najwyżej nie będą mnie wyprzedzać". I to był błąd.
W takim ścisku, dobre ustawienie się to  podejrzewam i z minuta mniej na czasie.
Na drugi raz będę mądrzejsza.
Start tradycyjnie zainicjował wystrzał z ORP Błyskawica równo o 23.59.
Zaczął się Nocny Bieg Świętojański, zaczęła się najdłuższa noc roku  i zaczęła się jego najpiękniejsza pora: lato!
Przed startem. Na pierwszym planie "Słoneczny Patrol" - BCT Team (biało-pomarańczowa koszulka). Nóżki rowerzysty. ;)
I zaczął się młyn. Linię startu przekroczyłam po 2 minutach i 48 sekundach i dosłownie utknęłam w próbującym biegnąć na ostrym zakręcie tłumie.
Początkowe kilkaset metrów to był świński truchcik i dosłowne rozpychanie się na łokcie. Trzeba było uważać żeby nie oberwać przypadkiem łokciem w twarz od wyższych biegaczy, uważać żeby nikt nie nadepnął na nogę, nikomu nie nadepnąć na nogę, nie poplątać się nogami z innymi biegaczami i... zwyczajnie nie dać się wywrócić. Po jakichś 300 metrach widziałam jak doszło do zderzenia biegaczy i ktoś przewrócił się i przeszorował nieprzyjemnie po asfalcie.
Pierwsze kilometry przeleciały mi na przepychaniu się do przodu. Obieganie, slalomowanie, rozpychanie się, od: "uwaga! przepraszam!"  zachrypłam prawie. Od odmachiwania w przeprosinach na  : "ej!, spóźnialska!" wykrzykiwane jak ludziom drogę zabiegałam tuż przed nosem, żeby jakoś się zmieścić po ich wyminięciu, prawie mi ręka odpadła. Był taki tłum, że właściwie nie wiedziałam gdzie jestem, tylko gąszcz ludzi biegnących obok za i przede mną. Urok wzrostu ratlerzego - musiałabym podskoczyć żeby się rozejrzeć i zorientować. A tak, to widziałam tylko asfalt i migające podeszwy współbiegaczy, ich plecy lub przepiękny Świętojański księżyc w pełni.
ASFALT! - nie pamiętam kiedy biegałam po asfalcie, jaki to jest jednak luksus w porównaniu do piachu po kostki i wertepach w lesie! Przyroda przyrodą, liście, świeże powietrze i te rzeczy, ale bieg po asfalcie to jednak TO! Ja chyba jestem niereformowalnym do szpiku kości miejskim szczurem, na wieki wieków amen.

Dopiero  gdzieś na wysokości hali targowej, wbiegłam w grupę biegnącą mniej więcej tym samym tempem co ja.
I mina mi zrzedła, bo właśnie gdzieś tam, wyprzedził mnie tak na oko 90cio letni biegacz.
W pięknym stylu i z przysłowiowym "palcem w nosie".
No cóż...
Ratler Świętojański.  Zd.: Puchaty
Po chwili depresji doszłam jednak do wniosku, że lepiej być wyprzedzoną przez żwawego 90cio latka, niż spędzić taką piękną  noc na siedzeniu na kanapie.
A już całkiem poprawili mi humor cudowni kibice jak zwykle ustawieni na około 4-5 km.  Krzyczący, klaskający. Do tego  bieg umilała mini kapela grająca tam od serca i z uśmiechem. Dzięki, to było naprawdę fajne!!! :-)

Przed Świętojańskim podbiegiem wiernie czekał mój Puchatek, z wodą. W sumie nawet nie chciało mi się pić, ale było mi tak potwornie, przeraźliwie, okropnie gorąco, że postanowiłam wykorzystać wodę do schłodzenia. Oblałam sobie głowę, kark, koszulkę a resztę  wyrzuciłam kulturalnie celując butelką w miejsce pomiędzy kibicami.
Puchatek twierdzi, że nie trafiłam.
To znaczy trafiłam.
W buty kibica.
Sorry.

I na tym etapie zaczęło wyłazić moje ogólne zmęczenie. Niby wbiegłam dobrze Świętojańską (bardzo motywował super doping z chodników!)  bo trzymałam tempo grupy a nawet wyprzedzałam, ale dłużył mi się ten podbieg niemiłosiernie i pod Urzędem Miasta miałam z lekka dość biegania.
W dół  ciężko mi się było rozpędzić, odzywający się gdzieś pod blokadą ibuprofenu ból kolana, straszył  wizją kontuzji i skracał krok. Pozbierałam się na bulwarze, przestałam myśleć o zmęczeniu bo zatchnęło mnie (jak zwykle zresztą nocą) piękno Gdyńskiej linii brzegowej. Światła Miasta z Morza odbijające się na tafli zatoki, dalekie lśnienie Półwyspu Helskiego . Gdynia nocą wygląda jak lśniąca diamentowa kolia rzucona na morski brzeg.

Na finisz trochę zbrakło sił. Coś tam niby wykrzesałam, ale na góra ostatnich 300 metrach zaledwie.
I tuż przed metą miałam nieprzyjemność oglądać kolejną wywrotkę biegacza.  Ktoś tam  się z kimś zaplątał i wystarczyło.
Na metę wpadłam z czasem netto prawie bliźniaczym do tego z Biegu Europejskiego: 00:55:41.

Medalik. :)
 I jestem i nie jestem zadowolona. Głowa mówi, że w tych warunkach i przy takim ogólnym zmęczeniu to czas dobry. Bo wsłuchując się w siebie przed biegiem, szacowałam na  56-7 minut albo i 58.
I to mówiła głowa, na zimno. No ale skoro już pobiegłam, to ambicja chciałaby lepiej. Najlepiej żeby było 54 z ogonkiem więc zgrzyt jest.
Na to odczyty z pulsometru  kwituje, że i tak było dobrze, bo pulsy z biegu jednak mówią o zmęczeniu. Niższe niż w Biegu Europejskim mimo gorąca, a jednak tempo utrzymane. Pulsy w BE oscylowały na poziomie 174/197 , a teraz przy takim samym czasie biegu i duuużo wyższej temepraturze : 170/186. Nie miało serce mocy wchodzić na wyższe obroty. Za mało spania, za dużo stresu.

Tak czy siak, to był fajny bieg.

A kot mówi, że w nocy to się śpi a nie lata jak potłuczona.
I czy pożyczę mu medal, bo dobrze w nim wygląda to by się poprzechadzał po balkonie.

3/4 koła GPX Gdyni 2013.



niedziela, 12 maja 2013

10km, BIEG EUROPEJSKI 2/4 GPX GDYNIA 2013.

Tytuł tego wpisu, powinien brzmieć : "nie zapowiadało się".
Nie zapowiadało się, że w ogóle pobiegnę.
Nie zapowiadało się, że pogoda będzie choćby znośna.
W ogóle na dużo rzeczy się nie zapowiadało.
Miało być zimno, pochmurno i padająco.
Wszytko stało się na odwrót  a przyczyną tego była koleżanka Franklina z bieganie.pl, która przyjechała na bieg do Gdyni.
Jakby nie przyjechała, to ja bym nie była umówiona na starcie. Jakbym ja nie była umówiona na starcie to bym nawet z domu nogi nie wystawiła, obrażona na świat z powodu babskiej niedyspozycji.
I idę o zakład, że jakbym ja nie biegła, to by nie było takiej pięknej pogody: słońca i wiatru. ;)
A tak, nie ma zmiłuj. Się człowiek obiecał, to bierze zad w troki i stawia w umówionym miejscu na czas.

Ubrałam więc ciuchy biegowe, w ogóle nie przekonana że przydadzą się do czegoś więcej niż kibicowania w nich i popędziłam  do gdyńskiej Biegosfery, nabyć na wszelki wypadek tzw. "nerkę". (Uwielbiam ten sklep. Zbankrutuję tam. Naprawdę polecam, obsługa i jej kompetencje pierwsza klasa!!!! Ci ludzie sami biegają i na bieganiu się po prostu znają, a nie tylko sprzedają rzeczy do biegania)
Wprawdzie nie zapowiadało się, że pobiegnę więc zakup saszetki był mało uzasadniony w sumie (choć słońce już zaczęło wyłazić z za chmur a wiatr wiać) ale jak stare jeździeckie przysłowie mówi: "lepiej mieć jak się nie potrzebuje, niż potrzebować jak się nie ma". Sprawdzone jeździeckie prawdy, absolutnie działają w każdej innej dziedzinie życia, także w bieganiu.
Więc się ich trzymam.

W Biegosferze już poczułam nosem, że... no może, no chociaż spróbuję, najwyżej zejdę z trasy...o... i wodę mają przygotowaną, dadzą pić na Świętojańskim podbiegu... i nerka była, ostatnia  więc to pewnie ZNAK!... i już słońce świeci i wiatr duje- no nie ma wyjścia. Jest słońce z wiatrem to jest bieg.
Biegnę.

Z lekka już nerwowa o czas, pogrzałam swoim pędziwiatrem pod Skwer Kosciuszki, zaparkowałam go sprawnie zdziwiona że jeszcze tyle miejsc, wykonałam galop po okolicznych sklepach po ostanie niezbędniki, pogrzałam pod Gemini gdzie uzbroiłam się w chip i numer startowy, ORAZ!!! poznałam w końcu Franklinę (oraz jej przemiłych towarzyszy).
I chociaż się nie zapowiadało, okazało się że mamy wolne pół godzinki na pogaduchy.
No bo co? No bo Ratler jest już stary, ślepy i nie dopatrzył że start jest o 13.30 tylko święcie był przekonany że o 13.00 i nawet robił na tym tle koleżance histerie, że nie dojedzie na czas, że nie zdąży, że nie pobiegnie.


Miło bardzo było, ale w miłym towarzystwie czas szybko leci więc nagle trzeba było wbijać się w tłum do startu.
Nie zapowiadało się na taki tłum.

Zd. Marek Ziajkowski.
 Nie wiem co się stało, w biegu Urodzinowym Gdyni brało udział  trochę ponad 2600 osób, teraz wg danych z listy wyników Bieg Europejski ukończyło 3184 osoby. Czyli wcale nie aż tak dużo więcej.
A tłum był jakby 2 razy gęstszy i dłuższy. Ścisk niesamowity.
I jeszcze jakiś za przeproszeniem szowinista przy wejściu w strefę 50-55 minut fuknął na nas nieuprzejmie, że mamy oględnie mówiąc "spadać" na koniec.
Żałuję że posłuchałam zamiast wszcząć awanturkę na rozluźnienie się przed biegiem, bo było to tak:
nie zapowiadało się...
O ile podejrzewałam koleżnkę o moc na  tego typu czas, o tyle  sama siebie raczej nie (szacowałam tak na 56-7 minut), więc grzecznie polazłyśmy do tyłu - bo ja w niedyspozycji, ona debiutantka, nie ma co się spinać tylko spokojnie wystartować nie wadząc nikomu.
Start tradycyjnie zainicjował wystrzał z ORP Błyskawica.


I tradycyjnie, nie stało się nic. Zanim udało nam się przekroczyć linię startu minęło około 3 minuty od wystrzału.
Zaczął się nasz bieg.
I tu koleżanka pokazał rogi i zaczęła  zabawę w chowanego. No na to się nie zapowiadało, matka dziecku poważna kobieta a sobie figle stroi! ;)))
Zamiast truchtać  obok żeby mój instynkt owczarka zadowolić, nagle schowała mi się za plecy. No to ja się oglądam. Ja w prawo, ona mi ucieka w lewo, ja się oglądam w lewo, ona siup mi za plecy w prawo, ja znów wywijka do tyłu a ta do mnie fuka: Nie oglądaj się! Biegnij!
Myślę sobie: a to taki sposób, OK nawet lepszy. Lecę przodem, pewnie będzie lecieć za mną aż się rozluźni ścisk. Więc dawaj w tym tłumie i ścisku wyprzedzać. Lecę, lecę, oglądam się... nie ma jej!
Patrzę do przodu, na boki, do tyłu- nie widzę. Nie mam pojęcia czy poleciała bokiem, czy jest z przodu czy z tyłu, czekać czy gonić?
No i już się w biegu nie znalazłyśmy. Szkoda, bo miałam gotową gadkę dydaktyczno krajoznawczą. ;)


Biegło mi się fajnie, lekko, pogoda mi odpowiadała bardzo, trasa mijała szybko.
Za pierwszym razem byłam świadoma każdego metra dosłownie, każdy był wzywaniem, teraz po prostu mi się biegło bardzo przyjemnie.
I w tym dzikim tłumie, spotkałam biegacza znajomego z poprzedniego biegu z którym wtedy rozmawiałam na  Świętojańskiej o bólu jego kolan- machnęłam, chyba poznał bo bardzo się ucieszył.
Przeszkadzał tylko ten okropny tłok, aż do Świętojańskiej cały czas musiałam kluczyć między ludźmi, szukać między nimi miejsca, często po prostu przepychać się. Sporo metrów nadłożyłam, dużo zrywów mnie to kosztowało i dużo przyblokowań i zwalniania tempa. Nie udało mi się rozpędzić na zbiegu od wiaduktu na Wiśniewskiego.
Na świętojańskim podbiegu trochę się rozluźniło, ale już za Urzędem Miasta na zbiegu na morze znów było gęsto choć tam akurat można było się rozpędzić trochę.
Ale biegło się fajnie, nie miałam kryzysu, nogi nie bolały, niosły lekko bez  protestu.
Przed metą starczyło mi nawet sił na coś w rodzaju przedłużonego finiszu i tempo biegu ostatniego kilometra było najwyższe - 5.02.
Czyli mogłam szybciej.

Ukończyłam bieg z czasem netto 55.40
W K OPEN 300/773
W K40 34/102
Jestem zadowolona i już się czaję na 55.00
Na dodatek jestem spieczona słońcem jak rak, oj trzeba pamiętać następnym razem o filtrach.

Na mecie każdy dostał ciasteczko, wodę, medal, a jeszcze później za zasługi specjalne dostałam czekoladę przepyszną, ale zdjęcia nie będzie bo pożarłam wszytko oprócz medalu.
Trochę nam zajęło znalezienie się w tym tłumie, mimo że byliśmy umówieni niby dokładnie.
I tak to było, choć wcale się nie zapowiadało.
A że było bardzo miło, to i szybko się skończyło.
Ale bieganie z kimś znajomym jest fajne, motywuje bardzo pozytywnie. Oby częściej!


A kot mówi, że się nie zapowiadałam żeby o 55' realnie myśleć. I kto by to pomyślał?

2/4 koła GPX Gdynia 2013.

sobota, 20 kwietnia 2013

Bieg "PRZEŚCIGNĘ RAKA" Gdańsk - 5 km.

Odbieram pakiet startowy.
Na niebie powiało i chmury rozgoniło. Jak zwykle z okazji stratu zawodniczki Ratlerek aura dopisała
typowa: słonecznie, zimno i wietrznie.
To już standard  moich startów, nie wiem jak się odnajdę w innych warunkach pogodowych.

W tych pięknych okolicznościach pogodowych, w  ramach akcji:  profilaktyki raka piersi "DOTKNIJ PIERSI", Akademickie Stowarzyszenie Onkologiczne zorganizowało na Gdańskiej starówce wielką akcję promocyjną, między innymi biegi uliczne na 1, 5 i 10 km.
Po "burzy mózgów" urządzonych na łonie rodziny, uległam naciskom i zapisałam się na bieg 5 km choć miałam wielką ochotę na 10tkę.
Jak zwykle się okazało, że warto słuchać starszych, czyli męża. (czasami ;-) )

Kotłowanina przedstartowa (bieg 5km) Po prawej zwyciężczyni biegu wśród kobiet, ta nieduża dziewczyna w turkusowej koszulce .
Biegi zorganizowano w samym sercu coraz piękniejszej Gdańskiej starówki. Trasa mająca początek pod fontanną Neptuna biegła ul. Długą - Długi Targ, Garbary, Ogarną, Powroźniczą.
1 pętla miała długość trochę ponad 1100 m czyli faktyczny dystans biegów był dłuższy.

Impreza została zorganizowana naprawdę świetnie.  Parę dni przed startem przyszedł na moją skrzynkę mail z dokładną rozpiską  godzin startów, instrukcją kiedy co i gdzie, załączonymi mapkami orientacyjnymi na które naniesiono trasę oraz miejsca w których usytuowano przebieralnie, biuro startowe, punkt żywieniowy.
Na miejscy wszytko się zgadzało  z opisem, obsługi było dużo, zorientowanej i dobrze rozpoznawalnej (pomarańczowe koszulki) a całość przebiegała punktualnie i sprawnie.
Jedyne co, to rozmiar koszulki okolicznościowej którą dostałam razem z pakietem startowym trochę mnie zniesmaczył. Niby S-ka a zmieściłaby 2 osoby ratlerzych rozmiarów. Trudno, biegłam nie w koszulce, będzie pamiątka na użytek domowy.
START!  Cienka mina i przerażenie w oczach.
Chwilę później już lepszy nastrój.
Zaskoczeniem dla mnie był fakt, że bieg rozgrywa się na pętlach i w dodatku należy samemu sobie liczyć okrążenia. I w tym momencie przestałam żałować, że nie biegnę na 10 km. Bo 10 kółek to już mordęga chyba i nie ze względu na długość trasy tylko na to latanie po tak małej pętli.
I jak to zapamiętać i się nie pomylić?!
Odcinek ul. Długiej, zadowolona biegaczka na tle pięknych kamieniczek.
Mnie się pomieszało dokumentnie jakoś tak na 3-4tym okrążeniu i za diabła nie wiedziałam ile jeszcze mam zrobić.
Gremlin coś tam mówił, ale ja technice nie wierzę bo kto ją tam wie jak w mojej obecności zadziała? Na ogół po prostu nie działa póki się nie oddalę dostatecznie.
Współbiegaczom uwierzyć... no ale kto wie czy im też już się nie pomieszało?
Dobrze że na straży ładu i porządku stała 1/4,  najwierniejsza część Teamu Bez Kota, która obarczona  zadaniem pstrykania zdjęć kontrolowała także przebieg startu zawodniczki Ratlerek i zapytana z nienacka, wiedziała ile jeszcze należy biec.
Jak z liczeniem okrążeń poradziły sobie osoby biegnące na 10 km... nie mam pojęcia.
Ale może o to chodzi- w końcu jak ktoś na wszelki wypadek przeleci 1 czy 2 więcej okrążeń- to co mu szkodzi, a zdrowszy będzie.
Ul. Ogarna. Mniej uczęszczana przez turystów a niesłusznie.Wyjątkowo piękny kawałek Gdańskiej starówki.
Mimo tych "siurprajzów" biegło mi się zwyczajnie fajnie. 
Trochę się zleniłam i rozgrzewkę olałam. Coś tam niby przebiegłam kawałek, jakieś przebieżki niby porobiłam, ale tak po prawdzie to niecałe w sumie 1,5 km rozgrzewki zrobionej na 2 razy w sporym odstępie czasu to tak... no co tu dużo mówić, ściema.
Na starcie dopadła mnie panika, puls prawie 140 i oczy na wierzchu. Ale jak już ruszyłam to z zachwytem stwierdziłam, że pierwszy raz w życiu to nie mnie wszyscy wyprzedzają hurtem, tylko  to ja całkiem sporo osób  mijam. Zrobiło mi się lżej.
"Lżej" wcale nie znaczy lekko.
Po pierwszych przetasowaniach zaraz za startem i na pierwszej pętli, właściwie nikt już mnie nie wyprzedził, a mnie się udało  jeszcze sporo osób przegonić.
Ale żeby nie było tak słodko, nie udało mi sie wyprzedzić 2 upatrzonych pod koniec osób. Leciały  cały czas  trochę przede mną i trzymały tempo jak na złość  przyśpieszając  na tych samych odcinkach co ja. Co się zaczaiłam i zebrałam w sobie, to oni też dodawali gazu jakby czuli moje zawistne oko na swoich plecach.
No i co tu ukrywać, zwycięzcy biegu zdublowali nasze stadko jakoś tak chyba na początku 3 lub 4 okrążenia. Wiem że to spora różnica czy na 3cim czy na 4tym, ale naprawdę nie mam pojęcia. Takie latanie w kółko dokumentnie dezorientuje.

Ubiegłam się całkiem  mocno, ale jak zwykle trochę pretensji do siebie mam, że można było może mocniej jeszcze ciut chociaż.
Nie ma jeszcze oficjalnych wyników,
ale gremlin mówi, że przebiegłam 5597 m w średnim tempie 05.08 przy średnim pulsie 169.

Jestem naprawdę zadowolona, bo szacowałam że będę biegła  w średnim tempie koło 5.20.
Tym bardziej jestem zadowolona, że  trasa  chyba nie należała do szybkich.
Wkurzały mnie i zwalniały ostre zakręty (biegliśmy po prostokącie), dokuczliwa była nawierzchnia. Na Długiej kamienne płyty, na Garbary i Powroźniczej gruby bruk tzw. kocie łby, najlepiej było na Ogarnej zwyczajnie asfaltowej.
Dodatkowym elementem mojego samozadowolenia jest fakt, że tłuczone dopiero od jakiś 2 tygodni bieganie na śródstopiu (rychło w czas się wzięłam, ale lepiej późno niż wcale) nie poszło w las  podczas tego biegu.
Bałam się, że w stresie, przy szybszym tempie i większym zmęczeniu wrócę do punktu wyjścia i będę biegła jak wcześniej. Pietą do przodu.. Ale nie, najwyraźniej pot i złość  które wylewam na co dzień  nie idą na marne. Ciało się układa, opornie ale po kawałku, po kawałku i coś może z tego będzie.
Oczywiście przy okazji wyszły inne problemy, ale o tym przy innej okazji.
I meta!
Na mecie dostałam medal i butelkę wody mineralnej którą natychmiast pochłonęłam.
W pakiecie startowym był jeszcze talon na posiłek, ale nie skorzystałam.
ZOO pobiegowe.  Ratler a zadowolony jak norka. :-)
Trochę  mina mi się skwasiła, jak  na szybko zliczyliśmy czas w jakim przybiegłam i wyszło nam że ... w 30 minut.
Nos mi się zwiesił na kwintę, nawet zażartowałam że to może błąd pomiaru.
Dopiero spokojniejsze przeliczenie + analiza zapisów gremlina uświadomiła nam, że to faktycznie coś nie tak policzyliśmy bo ani to nie było 30 minut ani 5 km.
Uff.
człowiek to ma tych stresów przez to bieganie. Osiwieć można.
:-)
Drepcę pozdrowić,
Ratlerek.

A kot mówi, że jakby wiedział pod jakim hasłem był bieg organizowany, to też by pobiegł dotknąć.
ALE!!! Jak zwykle!!! O sprawach ważnych NIKT go nie informuje i jak głupi został pilnować domu.

I przebiegli.