niedziela, 27 października 2013

Poranny obłęd z owocami.

Czyli owsianka.
Bo jak psu buda,  koniu* owies, tak biegaczowi owsianka się należy.
Nie mam najmniejszego pojęcia, w czym tkwi sekret owsiankowego szału, ale poddałam mu się w tym samym czasie co bieganiu. Wcześniej jakoś w ogóle mnie do owsianki na śniadanie nie ciągnęło.
Do biegania też nie.
Jadałam ją sporadycznie, na ogół na wyjazdach. To co mnie odstraszało od owsianki to mleko, z którym na ogół jest podawana.

Swoje owsianki gotuję na wodzie. Do ugotowanej często dodaję owszem  mleko, ale kokosowe. Albo polewam po wierzchu koglem-moglem.
Moje owsianki  tylko częściowo składają się z płatków owsianych, jest tam zawsze: kasza jaglana, komosa ryżowa, płatki ryżowe. Czasami też inne: orkiszowe, jęczmienne, gryczane, szarłat. Nasiona maku, sezamu, słonecznika, lnu, dyni, czasami wiórki kokosowe. Orzechy i migdały. Ostatnio stałym dodatkiem są surowe aronia i żurawina. Oraz pokrojona w kosteczkę, ugotowana dynia.
Teraz nie wyobrażam sobie tygodnia, bez przynajmniej 3 śniadań owsiankowych. Na ogół jest ich 5, owsianka na śniadanie w każdy dzień roboczy.
Tylko weekendy są "jajkowe". Puchatek robi wtedy śniadanie, cała rodzina przy stole i jajka na miękko muszą być. :)

Nie ukrywam, że dla mnie owsianka to świetna okazja, żeby już od samego rana nawtykać się owoców.
Dlatego z pod nich właściwie nie widać owsianki, ale słowo czworonoga, że ona tam jest.
I to chyba jest postawa tego obłędu.
Bo ja po owsiance nie biegam, więc ta szajba z bieganiem jednak niewiele ma wspólnego. 
Więcej  z łakomstwem.

 Wiosna



 Lato



Jesień



Zima



 Nie będę opisywać jakież to cudowne własciwości, cud składniki, tony energii i hordy węglowodanów owsianka zawiera. Wystarczy zajrzeć w gogle i ma się lekturę na 3 doby. Mnie wystarcza, że ją uwielbiam.

Z owsiankowym pozdrowieniem: "iiihaha!"
Ratlerek  kuty na 4 kopytka.

Kotu słabo. Błe! Wątróbki i śledzia, bo zaraz zemdleje!

*"Temu koniu" bo: "temu misiu oczko wyleciało.

niedziela, 20 października 2013

"Ale mnie noga boli, lepiej pójdę pobiegać". ;)

Przed: suchość, czystość,elegancja.
Czyli jesienna logika Ratlera:
"Ale mnie noga boli, lepiej pójdę pobiegać"

Miałam nie biegać.
Noga mnie bolała cały tydzień.
Ale zgodnie z "Logiką biegaczy" (swoją drogą, dawno nic mnie tak nie rozbawiło) postanowiłam sobie sparafrazować i się przebiec zanim pójdę do rehabilitantów po poradę. Podejrzewałam, że skończy się jak zwykle.
Zakazem biegania na x czasu.

Więc Brooksy na łapy nasadziłam i podyrdałam do lasu.
Słabo najpierw było, bo noga rozdrażniona wczorajszą przebieżką z Puchatkiem, dokuczała wyjątkowo wrednie.
Ale krok za krokiem, krok za krokiem, coraz więcej uwagi poświęcałam jesiennym widokom, coraz bardziej ignorowałam nogę. Po 3 kilometrach nastąpił cud. Noga mnie przestała boleć zupełnie.

Ja tego nie rozumiem. Ale narzekać nie będę. Najwyraźniej "logika biegaczy" to potęga terapeutyczna.
Ale proszę stosować to cudowne "pacaneum" jedynie na własne ryzyko! Żeby potem nie było na mnie.

A  w lesie jesień.



 I błoto. Podstępnie ukryte pod liśćmi.

Doceniłam, że mam ciemne buty. Jasnych, kolorowych, już bym nie doprała.
A tak, hulaj dusza.
 Jestem z Brooksów coraz bardziej zadowolona. Choć trochę musiałam przy nich pomajstrować.
Wyjęłam fabryczną wkładkę, bo mnie od niej stopy bolały. 
Biegałam bez wkładek i było lepiej ale nie do końca dobrze, bo buty zrobiły się za duże. Teraz włożyłam w nie wkładki z innych butów, cienkie, proste bez  profilowań i podwyższonej pięty i chyba  to był strzał w 10tkę. 
No i to na co plułam do dziś. Kolor.
Do niczego mi nie pasuje, ale się sprawdza. Można lecieć po kałużach, błocie, w domu tylko lekko przepłukać buty i jak nowe. Nie widać co przeszły i w czym się taplały. Więc chyba się  jednak polubimy. 

Kot mówi, że on też jest logiczny. 
Logiczne jest, że kot jest permanentnie głodny.
Całkiem jak biegacz.(!?)
Biegniemy? :-)

I tylko dziecko miało wąty: 
MAMO!!!, jaka jesteś ubłocona! Mamy 15 minut do wyjścia! 
A Ty się teraz będziesz myć 20 taka jesteś brudna od tego biegania!
No ale myłam się 10 i zdążyłyśmy. Obyło się bez awantury, choć kot coś pod wąsem miałczył i jątrzył a dziecko wysunęło propozycję, żebym lepiej nie wysiadała z samochodu jak już dojedziemy.
Mieli farta, że miałam dobry humor od tego jesiennego biegania.

wtorek, 15 października 2013

Flauta.

W biegu! Spóźnieni, zagonieni, przytłoczeni obowiązkami do zrobienia na już, na wczoraj.
Ciągle szybko, szybko, jeszcze szybciej, więcej, mocniej, kolorowiej, głośniej!
Ten obłęd wkradł mi się niezauważenie w bieganie.
Moje, to zupełnie amatorskie człapanko dla przyjemności.
Szybciej, więcej, dalej. Czasy, pulsy, kilometrówki.

Im szybszy bieg tym więcej endorfin, pojawia się uczucie złudnego szczęścia.
Tylko rozpędzone serce się potem kołacze do późna w nocy. Głowa nie może się uspokoić i zasnąć. 

Dla siebie, dla swojego serca, dla możliwości  dania sobie luksusu  braku "musienia", postanowiłam się zatrzymać.
Niby jak zwykle założyć buty biegowe.
Ale inaczej niż zwykle pobiec sobie bez planu w głowie, bez zadania do wykonania, bez napięcia. Zatrzymać się, usiąść, rozejrzeć, zmienić trasę, poczłapać spacerkiem, zrobić zdjęcie, zagapić, pogadać z przygodnym przechodniem.
Ponapawać się skalą spokoju, zauroczyć gamą morskich szarości.
Założyłam więc Minimusy, zapakowałam się w samochód i pojechałam nad zatokę do Orłowa.
Nie zbiegłam, bo potem musiałabym znów rozpędzić serce na 5 kilometrowym podbiegu z plaży do domu.
Wszytko jest dla ludzi, więc i samochód dla biegacza się przydaje.

Na początek potruchtałam grzbietem Klifu Orłowskiego.



Kiedy miałam już serdecznie dość klifowych atrakcji, ciągłych zbiegów i podbiegów, przedzierania się przez krzaki, jak się już napatrzyłam na zatokę z góry do zawrotu głowy, zbiegłam na plażę. Odechciało mi się trochę tej całej przyrody, więc podbiegłam z plaży w miasto na wysokości Redłowa, żeby dać odpocząć nogom na  miejskich chodnikach i pogapić się na miasto.
Lubię biegać po Gdyni.
Trafiłam w spokojne nadbrzeżne osiedla i jak po sznurku wybiegłam na szczyt Kamiennej Góry.



Z Kamiennej Góry dużo schodów w dół, na bulwar i znów plażą do Orłowa.
Dzień był wyjątkowo spokojny, bez wiatru, trochę cienkich chmur. Wygaszone barwy, łagodne miękkie światło. Cisza. Spokój. Niebo, morze i piach. Skala szarości.  Gama faktur.
Zawsze mnie wzrusza cisza na morzu.
Flautą mnie morze przywitało, kiedy pierwszy raz stanęłam na plaży po przyjeździe do 3miasta.
Dojechałam na plażę jeszcze pierwszego dnia po przyjeździe, już po ciemku. Nie mogłam się doczekać tego spotkania. Weszłam z lasu na piach plaży... cisza.
Nie słyszałam fal, wiatru, nawet cichego plusku wody.
Szłam w ciemności i mgle, starając się mieć światła miasta za plecami. Nagle poczułam, że idę już w wodzie.
Morze przywitało mnie absolutnym spokojem. Jakby obiecywało, że tu mi będzie dobrze. Że to moje miejsce na ziemi , tu znajdę swój spokój, swój dom. Na słonym pasku ziemi o zapachu wodorostów, śledzia i kaszubskiego, żytniego chleba na zakwasie.


Spokój.


Cisza.


Nieśpieszność.

I tak leniwie, dotruchtałam sobie plażą do orłowskiego mola, odbiłam w stronę miasta zbrojącego się w proste kąty z metalu i szkła i dotruchtałam  do punktu wyjścia. Wróciłam samochodem do domu, a ze mną spokój morskiej flauty i uspokojone serce, przewietrzona głowa.

Spacerkiem linią wody się wlekąc,
pozdrawiam
Ratlerek wyciszony.

Kot nic nie mówi.  Zasnął.  Ciii...





niedziela, 13 października 2013

Uważaj na nogi! Czyli KARWINY BIEGAJĄ 2013 - 8km po lesie.

KARWINY BIEGAJĄ 2013, edycja druga.
Bieg po terenie TPK, 8 km.

"Uważaj na nogi i skup się trochę" chyba sobie wytatuuję na czole, po dzisiejszym biegu na gdyńskich Karwinach.
Podeszłam do tego biegu na luzie i z zadowoleniem.
Bieg prawie pod domem, po okolicznym lesie, pogoda do biegania idealna, w lesie sucho i pięknie.
No czy może być bardziej komfortowo?

Pakiet odebrałam po śniadaniu, spacerkiem do biura startowego sobie poczłapawszy pod rękę z Puchatkiem.
Zad z fotela podniosłam i założyłam buty do biegania raptem  40 minut przed startem, potruchtałam na start w ramach rozgrzewki, dotarłam na miejsce z zapasem.
Na luziku  załatwiłam sobie wór depozytowy, porozglądałam się, poszwendałam. Spokojna i nie zestresowana, żadnej nerwówki, marznięcia, histeryzowania, głodowania przed startem.
Starczyło mi nawet czasu żeby pokontemplowawszy liczne psy towarzyszące kibicom, postanowić nie migać się i porozciągać spokojnie w krzakach na wzór czworonożnych (jeszcze) przyjaciół Ratlera.
Przedstartowy Jogoratler z głową w dole.
Rozciągnięta i już z tego luksusu jogowania całkiem rozproszona, z jakiegoś powodu przesznurowałam sobie buty na luźniej i wszczęłam rozmowę z miłymi współbiegaczkami. Tak się zaaferowałam, że radośnie w depnęłam w psią bombę. Szlag by trafił cholerne psy!
Biec tak nie idzie bo obrzydliwie, intensywna akcja oczyszczania buta w trakcie a start już za momencik. Zanim się ogarnęłam to już wszyscy stali stłoczeni na starcie, więc wylądowałam gdzieś na szarym końcu. Wspólne odliczanie i start.
Ubiegłam nie wiem, z 200 metrów i nawet jeszcze się nie zaczęłam rozpędzać tylko w tłumie biegłam szybszym truchtem  i... wykopyrtnęłam się o własne łapy jak długa. Na równej drodze, ani w górę ani w dół. Nikt mnie nie popchnął, nie zabiegł drogi, nie było wertepów. Chyba zaczepiłam czubkiem buta o kamień? Nawet nie wiem co tam mogło być oprócz moich własnych nóg.
Życzliwi współbiegacze pozbierali mnie z gleby (WIELKIE dzięki za pomoc!), otrzepali z grubsza, upewnili się, że nic mi nie jest i pobiegłam dalej.
Ale para ze mnie zeszła mocno, bo i tak startowałam z końca stawki a teraz jeszcze masa osób przeleciała  zanim się pozbierałam.  Zła na siebie byłam okropnie, rozproszona już kompletnie, tylko się oglądałam czy już jestem ostatnia, czy może  ktoś tam za mną jeszcze się litościwie kolebie.
No ale biegniemy, sapiemy, dajemy. W lesie na trasie biegu Polska Złota jesień i kilka niespodzianek.
Po pierwsze okazało się, że nie umiem biegać z tłumem po lesie.
Na biegach ulicznych jest inaczej. Po prostu jest miejsce, nawet w ścisku można  w miarę komfortowo kluczyć między ludźmi, wyprzedzać nie  trwoniąc sił na bieganie po gorszej nawierzchni od wyprzedzanych.
Jakoś tego nie przemyślałam, że w lesie będzie dużo biegło się właściwie gęsiego bo spora część trasy prowadzić będzie wąskimi, jednoosobowymi ścieżkami. Więc albo biegnie się grzecznie gęsiego cudzym tempem, albo trzeba zbiec z twardego na piach i wertepy pod liśćmi i zarzynać się podwójnie  przy wyprzedzaniu.
Długo truchtałam jak ten dureń gęsiego, przeżywając wywiniętego orła zanim  przyszło mi do głowy, że albo wyjdę z szeregu, albo tak będę się kulać i użalać nad sobą bez sensu.

Druga niespodzianka to podbiegi wplanowane w trasę.
Niby wiem co oferuje TPK, ale jak je zaczęłam podbiegać, to mina zrzedła mi mooocno. Tej części lasu nie znam, ale aż takiego hardkoru się nie spodziewałam na osiedlowym biegu.
Ale bywało wesoło.
Na wyjątkowo ostrym podbiegu wszyscy zgodnie przeszliśmy do marszu, a sprytny biegacz sapiący za mną wystąpił z zapytaniem, czy nie mogłabym go wziąć na plecy bo się zmęczył.
Ooo, no człowieku, kto kogo?! Kiedyś to byli dżentelmeni, a teraz bierz chłopa na plecy kobieto?
W dodatku okazało się na zbiegach, że bez sensu sobie buty przed startem przesznurowałam, bo teraz jest za luźno i mi kłapają na nogach.
Nie zdecydowałam się zatrzymać i przesznurować na mocniej, to już bym mogła zawrócić i iść do domu po prostu. Jakoś dobiegłam w kłapiących butach i w sumie nawet fajnie było.
Trasa super, jakby się człowiek uparł, to by się na tych podbiegach zarżnął w trupa. Tego  niestety ciągle jakoś nie umiem, tylko biegam sobie mocno asekuracyjnie.
Pod koniec tak chyba już zdenerwowałam moją indolencją biegową towarzyszącego mi momentami na rowerze Puchatka, że podjechał i syknął za mną : "WYPRZEDŹ tą dziewczynę!!!" i się okazało, że mam całkiem z czego wziąć się w troki i docisnąć na dłuuugim całkiem finiszu.
Pod koniec takiego biegu przebiegniętego rzetelnie, to w sumie nie powinnam już mieć aż takiego zapasu.
Oj, trzeba się wziąć i nauczyć mobilizować a nie tak turlać tylko na 3/4.

Na mecie medalik i dopiero oględziny i "lizanie ran". Najgorzej, że ulubione spodenki biegowe porwałam na kolanie. Za parę dni nie będzie śladu na nodze po szlifie, a spodenek szkoda.

Pobiegłam to w czasie 00:46:46
OPEN K - 27
K40 - 5
Na razie nie wiem ile osób w ogóle biegło i jaki był udział  pań w mojej kategorii wiekowej, więc drżę sobie, że może byłam w niej ostatnia. Zapisanych było ponad 260 biegaczy. Zaskoczyło mnie, że aż tak dużo jak na taki lokalny bieg.  Fajnie, bo organizacja była  w porządku i wszytko szło zgodnie z rozpiską.
Bardzo miła impreza biegowa.
Medalik.
A kot zdegustowany. Mruczy pod nosem coś o bardzo niebezpiecznych konkurencjach sportowych i kto go będzie karmił jak sobie wszyscy w końcu kulasy połamią, albo i gorzej?!
I jeszcze o kimś, kto mi bardzo, bardzo zaimponował. Jako ostatnia, przybiegła dzielna mama biegaczka z dwójką naprawdę malutkich jeszcze dzieci. Przebiegła ona z dziećmi całą tą niełatwą i wcale nie krótką trasę. Dzieci towarzyszyły mamie biegaczce na maluśkich rowerkach.
Idę o zakład, że musiała na stromych podbiegach rowerki, a może i dzieci zwyczajnie wnosić. Jeden z podbiegów był IMO kompletnie poza zasięgiem tak malutkich dzieci,. A już nie ma mowy, żeby dziecko wtarabaniło pod niego swój rowerek. Samo musiałoby chyba wdrapywać się tam na czworakach.
Bardzo pani GRATULUJĘ! :-)


Są wyniki:
OPEN 132/180 (:/ błe, słabawo)
OPEN K - 27/50
K40 - 5/11