sobota, 28 grudnia 2013

Zmęczeniowe złamanie kości, czyli konsekwencje czynów.

Coś z tym moim bieganiem ciągle pod górkę i wyboistą drogą.
Moje przedłużające się boleści goleni, zniecierpliwiły w końcu rehabilitantkę,  świętą panią Natalię z Rehasportu.
Zaowocowało to wezwaniem na pomoc ciężkiej kawalerii medycznej. Ortopedy doktora Pawła Rybaka.
Oględziny i wywiad w pierwszej chwili potwierdziły wcześniejsza diagnozę: zapaleni okostnej przy piszczeli.
Ale dociekliwość  lekarza został podrażniona niepoddawaniem się mojej kontuzji rehabilitacji.
Już nie powinno boleć. Ponad miesięczna przerwa w bieganiu + zabiegi manualne powinny już pomóc.
Powinnam już biegać bez bólu.
A ja co? Po lekkich 6 km, zjawiam się znów kulawa i z opuchlizną na dokładkę. Jak jakiś wyrzut sumienia.
Pan doktor, kazał zajrzeć do środka.
Najpierw RTG -  czysto.
Na wszelki wypadek, choć bez większej wiary w wykrycie czegokolwiek, zlecono jeszcze USG.
I tu ZONK.
Pani doktor Joanna Niemunis-Sawicka, najpierw oświadczyła smętnie, że zna lepsze sposoby na życie niż bieganie. Potem smyrała i smyrała po nodze i już myślałam, że na tym się skończy, aż tu pani doktor dziabnęła mnie głowicą od aparatu USG w jakiś czuły punkt, nie bardzo tam gdzie teoretycznie był problem:
- Tu! - stwierdziła pani doktor.
- AŁ! - zameldował Ratler.
- I tu!
- AUuuu!!! - zaśpiewał Ratlerek cienkim głosem.
No i tym sposobem się dogadałyśmy. Pani doktor znalazła 2 ogniska "złamaniowe".
Malutkie, koło 4 mm.
Niby nic. Ale diagnoza bolesna: 2-3 miesiące bez biegania. Bez skakania. Bez wykroków, wypadów, czegokolwiek co obciąża nogi.
Odpoczywać, regenerować się, dać sobie czas.

I tym sposobem  wszelkie plany biegowe na rok 2014 poszły się paść, a wypracowana forma odpływa sobie z dnia na dzień we wspomnienia.
Najpierw byłam wściekła, potem załamana, potem się obraziłam i stwierdziłam, że z bieganiem KONIEC! Mam dość. To nie jest sport dla normalnych ludzi.
Teraz  po prostu czekam grzecznie.
Zapisałam się na aquafitness na 3 razy w tygodniu. Czasami machnę jakieś nie angażujące nóg siłówki. Czekam na śnieg, bo wolno mi biegać na nartach. To nie generuje uderzeń nóg o ziemię więc można.
Jakoś przetrwam.


Może komuś pomogę nie popełnić moich błędów, więc objawy jakie miałam.
Bolało mnie jakoś tak od września.(!)
Ból nie był mocny, raczej tępy z czasem piekący i co najdziwniejsze, na początku właściwie nie przeszkadzał mi biegać.
Bolało mnie  na środku goleni, przy tuż przy kości piszczelowej, lekko od wewnętrznej strony nogi. Pojawiała się lekka opuchlizna, płaska, lekko bolesna, wyczuwalna przy naciskaniu i czasami widoczna.
Bolało mnie głównie przy chodzeniu, w momencie przetaczania stopy od pięty do palców.
Nie bolało mnie prawie przy bieganiu.
Trochę jak zaczynałam biec, potem po kilku, 2-3 km ból potrafił przejść prawie zupełnie, pojawiał się znów po przekroczeniu kilkunastu km lub wykonaniu mocniejszych akcentów (przebieżki, podbiegi).
Jak robiłam parę dni przerwy w bieganiu, malał. Ale nie przechodził, zawsze gdzieś tam przy chodzeniu i na schodach go czułam.
Myślę, że wtedy to jeszcze nie był etap złamania.
Patrząc wstecz, widzę że najbardziej chyba zaszkodziły mi długie letnie dni, pozwalające na dłuższe biegi robione przez 2-3 dni z rzędu (piątek, sobota, niedziela) mimo nawracającego bólu. A potem feralny kros na 8km który zaostrzył ból.
I gwóźdź do mojego biegania: Bieg Niepodległości 11 listopada.
Noga już mnie wyraźnie bolała. Miałam problemy z chodzeniem po schodach i chodzeniem w ogóle. Utykałam. Kiepsko też było z bieganiem, zanim się "rozruszałam" wyraźnie kulałam choć nadal przy bieganiu bolało najmniej.


Trochę więc pauzowałam żeby dać nodze odpocząć, ale byłam zdeterminowana i na start stawiłam się nafaszerowana ibupromem i... poleciałam. Głupie to było. Ale  wiem to teraz.
I to był koniec. Myślę ze to właśnie wtedy ze stanów zapalnych i przeciążeń, kontuzja  przeszła w stan złamań zmęczeniowych.
Do domu jeszcze wróciłam  na własnych nogach. Ostry ból pojawił się następnego dnia. Coraz trudniej było mi chodzić, przez około tydzień nie byłam w stanie wejść i zejść po schodach. Skakałam na 1 nodze albo jechałam windą nawet na pierwsze piętro. Pobolewała mnie noga w nocy, wcześniej tego nie było, żeby bolała noga w  spoczynku.

Co sobie myślałam?
Najpierw, że to  typowe  bóle piszczeli.
Ale teraz wiem, że bóle piszczeli "odpowiadają" na ćwiczenia (rehabilitacje) i przerwę w bieganiu. Ale trzeba im dać czas.

Potem przemknęła mi myśl o złamaniach zmęczeniowych, ale wydawało mi się to niewiarygodne i bez sensu. Biegam przecież mało.
I tu błąd. Złamaniami zmęczeniowymi zagrożeni są już biegacze wybiegujący raptem 30-40 km tygodniowo. Kobiety wielokrotnie częściej niż mężczyźni (zasługa babskiej gospodarki hormonalnej)
Myślałam: no nie możliwe. To problem zawodowców i amatorów w ciężkim systematycznym treningu. No gdzie mnie taka kontuzja, od tego kulania się po krzakach?

Wymyśliłam więc, że to chyba zapalenie okostnej i poleciałam do RehaSportu bo to już wydało mi się groźne. Tam w sumie potwierdzono  moją "autoparadiagnozę".
Żeby zaciemnić jeszcze bardziej, po pierwszej terapii manualnej na okostną, ulga była olbrzymia! 
Zaczęłam prawie normalnie chodzić, ból zmalał  z dużego na lekki.
Wydawało się, że tędy droga.
Ale ból ciągle był. I ciągle utrzymywała się opuchlizna. Każde podbiegniecie np. przez ulicę, powodowało nawrót większego bólu.

Objawy:
Bolało mnie na środku goleni, tuż przy piszczeli. Wyraźnie czułam, że to nie był ból z mięśni.
Opuchlizna, płaska i nieregularna, utrzymywała się na środku goleni. I to też mylące, bo pęknięcia  są sporo niżej, jakoś tak w 1/4 kości goleniowej od dołu i bardziej po wewnętrznej stronie. Czyli największa wyczuwalna na co dzień bolesność i opuchlizna pojawiały się sporo wyżej i bardziej z przodu kości.
Złamanie zmęczeniowe powstaje etapami. Spotkałam się z określeniem, że jest to" kontuzja twardzieli", ludzi którzy biegają mimo bólu.
Ja bym raczej  nazwała ją "kontuzją oszołomów", albo nie owijając w  bawełnę: " kontuzją głupców liczących na to, że rozbiegają ból".
Żeby doszło do złanania zmęczeniowego, potrzebna jest kumulacja przeciążeń i notoryczny brak odpowiedniej ilości regeneracji, rozłożone w dłuższym czasie. Tego typu złamanie w odróżnieniu od normalnego złamania, nie powstają w skutek nagłego, jednorazowego urazu.
To suma zaniedbań i zignorowanych sygnałów organizmu. Trzeba sobie na to solidnie zapracować, własnym oślim uporem. 
Najpierw jest nadwyrężenie mięśni co powoduje, że przestają one spełniać swoją funkcję amortyzującą i przeciążenia  związane z amortyzacją przechodzą bezpośrednio na kość. Ignorowanie tego stanu przeszło w moim wypadku w zapalenie okostnej. Stąd tak dobra odpowiedz na rehabilitację manualną stosowaną przy zapaleniu okostnej- bo to też było.
Dalsze ignorowanie bólu i bieganie pomimo niego, powoduje tak duże przeciążenie kości, że dochodzi do jej pękania.

Co powinno zwrócić uwagę?
Chyba głownie przewlekłość bólu i jego nie ustępowanie w wyniku przerw, chłodzenia, rozgrzewania, stosowania zewnętrznych środków przeciwzapalnych (stosowałam traumon), rehabilitacji, ćwiczeń na wzmocnienie mięśni bolącej partii nóg i wyrównujących ewentualne dysproporcje czy kompensowania.
A! I przede wszystkim moją uwagę powinno zwrócić, złajanie mnie jakoś przy pierwszej wizycie w Rehasporcie przez  rehabilitanta, za zbyt szybkie zwiększanie dystansów. Ale to było "dawno" i mi się wydawało, że już nieprawda.

Co jest przyczyną u mnie?
Słabe przygotowanie mięśniowe do biegania.
Podejrzewam też, że zbyt gwałtowne zwiększenie objętości przekraczające moje możliwości na danym etapie.
Dysproporcje w pracy mięśni między stronami ciała.

Co prawdopodobnie nie jest przyczyną u mnie?
Technika biegu. Gdyby to była ona, doszłoby do tej kontuzji wcześniej.
Ale to będziemy z panią Natalią badać.
Buty mini. Wszyscy badający mnie wiedzą i widzieli w czym biegam. Nie upatrują w tym przyczyny.
Trzeba wzmacniać mięśnie i tyle.
Oraz co najważniejsze, mieć na uwadze, że się nie ma już lat nastu, tylko ponad 40ści. Ma  się od kilku lat pracę biurową, czyli siedzącą. I wszędzie wozi zad samochodem, czyli nie chodzi prawie wcale. A to ważne!

Co dalej.
To kontuzja z serii: czas, odpoczynek i dobra dieta.
Można  przyśpieszać regenerację kości zabiegami, ale jak usłyszałam koszt to postanowiłam poczekać. A na szopki z NFZtem nie mam zwyczajnie ani czasu, ani chęci.

Sama z siebie, wybieram się na dodatkowe badanie gęstości kości. Zawsze byłam "chudą szkapą" a to u kobiet często przyczyna zachwiania równowagi hormonalnej, co może prowadzić do  powstania osteopenii, a w dalszym czasie nawet osteoporozy.

No i wzmożenie myślenia i dmuchania na zimne. Aż u 60% !!!! biegaczy, którzy doświadczyli tej kontuzji, dochodzi do jej nawrotów.

Więc za jakieś 2 miesiące kontrola: USG. Jak będzie czysto, można wrócić do biegania.
Na razie czekam na śnieg.

Człapiąc pozdrawiam,
Ratlerek.

A kot mówi, że tak mu mnie żal, że lepiej na razie nic nie będzie mówił.
Czyli się dokonało. Gad ofutrzony, ludzkim głosem przemówił .



sobota, 21 grudnia 2013

BIEGOWYCH!

* * * 
Spokojnych, szczęśliwych i radośnie przebieganych
 puszystym, śnieżnym szlakiem świąt, 
oraz spełnienia się wszytkich biegowych planów w nadchodzącym Nowym Roku 2014,
 życzą: Ratlerek 
i Kot.
***
A kot mówi, 
że na Wigilię planuje przemówić ludzkim głosem. 
Że niby coś powie a nikogo nie obrazi.
Ani do niczego się nie przyczepi. 
Żeby było miło na święta. 

 * * *

sobota, 14 grudnia 2013

Jak nie biegać.

Wzrok bazyliszka + cykliczne: MIAAAU!
Jak nie biegać, jak człowiek aż piszczy?
Jak nie biegać, skoro człowiek to twarda i uparta bestia, zęby w ścianę, ibuprom w ostateczności, ale zrobione będzie i to z bananem na gębie?
Na dodatek w każdym z nas  tkwi wewnętrzny kapral. A ten wiadomo, połączenie osła z panną lekkich obyczajów. Oględnie mówiąc, (młodzież lurkuje to matce dzieciom wulgaryzmów używać nie wypada) bestia to nie do zdarcia i nic mu nie przetłumaczysz.
Prawie jak kot domagający się swojej  codziennej porcji surowego mięsa.

Niestety jakoś trzeba. Metoda na kaprala, daje efekty opłakane.
Kontuzja się babrze i końca jej nie widać.

Zamiast grzecznie siedzieć na tyłku, pobiegało mi się ostatnio skoro noga nie bolała, to trzeba teraz wypić to piwo co się go radośnie naważyło.
Krajobraz na placu boju wygląda tak: kontuzja odnowiła się natychmiast. Święta pani Natalia, zbombardowana błagalnymi esemesami w ilości fafdziesięciu, nagięła czasoprzestrzeń i wynalazła jakiś termin na już, upychając mnie między pacjentem 67 a 68 tego dnia i litościwie przyjęła, prawdopodobnie kosztem swojej  przerwy i tak zajętej inną kontuzjowaną niemotą.
Kolejna terapia manualna, kolejny zakaz biegania, postraszenie jeszcze raz tym samym:
1. jak się to zapaprze, to ponoć potrafi dojść do stanu, że trzeba strzykwą ściągać to, co tam się  zbiera w wyniku stanu zapalnego.
2. jak się nie wyleczy do końca, to może się paprać latami.
3. gipsowaniem nie straszyła, ale na początek otaśmowała.

OK. Poczułam się postraszona. I nawet przez 2 dni nie myślałam o bieganiu w kategoriach innych, jak nagłe ataki apopleksji i toczenia piany z paszczy na widok innych biegaczy + knowaniami, jak którego przejechać, ale tak sprytnie, żeby wyglądało na niechcący. 
Człowiek w sytuacji odstawienia, robi się nerwowy i niesympatyczny jakiś taki.
Sprawę pogarsza, że  nie tylko bieganie jest zabronione. Zabronione są też wszelkie podskoki, wykroki, wypady i inne atrakcje, którymi biegacz ewentualnie mógłby się pocieszyć, że wprawdzie nie biega, ale chociaż siłę robi. Czyli odpadają też domowe programy typu "chodak i spółka", tak samo jak większość  samoróbek typu interwały na skakance z braku laku. Otaśmowanie na stałe na  kilka dni z rzędu, wykosiło też basen.

Jakąś pociechą wydawały mi się marsze. Marsze zostały zalecone.
Zaczęło się całkiem przyjemnie. Nawlekłam na siebie ciuchy biegowe w ilości jak na mrozy syberyjskie i opakowana na grubo jak pingwin, raźno pomaszerowałam do lasu.
Mózg na widok lasu przeszedł w tryb przyjemnej ekscytacji i wydał werdykt : pogoda akuratna, warunki do biegania  niezłe, no to ... biegnij. HALO! Biegnij?!
A tu zonk. Ani kroku  truchtnąć nie należy. Co gorsza, maszerować należy ostrożnie, nie za szybko, a jakby coś nie daj losie w nodze się odezwało, zwolnić do spacerku. Górki wszelkie omijać skrupulatnie, żeby nogi nie wnerwiać.


No to marszospaceruję. Podziwiam okoliczności przyrody. Las znajomy, pod stopami ścieżki wielokrotnie przebiegane. Swojsko, miło, ładnie bo polsko do bólu. Spokojnie, szaro, landszafcik miły, jak plasterek na nerwy. Aż się samo w głowie snuło: "...drogą dziwną i zaklętą, sennym zielem porośniętą, pełną ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia..." Wydawało mi się, że nic nie może się zdarzyć, że nuda do bólu. Aż tu las ukazał nieznane oblicze.
Trasa którą leniwym truchtem "robiła się" zanim się obejrzałam, uległa tajemniczemu  zniekształceniu.
Czy to czasoprzestrzeń się zakrzywiła, czy na wstęgę Mobiusa wdepnęłam przez nieuwagę, czy tylko mózg postanowił się zdrzemnąć, nie wiem. Ale szłam i szłam i szłam i szałam i... szłam.
Prawie usnęłam tak szłam. Swiat znów zmienił wymiary.
Skurczył się podejrzanie jakiś czas temu, akurat jak zaczęłam biegać, a teraz chyba spuchł. Może chory, może też ma kontuzję?

I chyba by mnie szalg trafił i znów by mi się w głowie zagotowało od tego chodzenia, ale odwiedziny na  podgladanych blogach wylały mi kubeł zimnej wody na łeb.

Ojciec którego bloga czytam, choć komentarza  zostawić nie potrafię, mało że kulawy, to jeszcze teraz "bez ręki". Nie wiem co mam napisać, żeby jakoś wesprzeć. Chyba tylko tyle,  że walenie głową w ścianę też jest kontuzjogenne. Więc jakby przyszła taka chwila, to jednak może lepiej szklankę zimnej wody zamiast.

Moni, piękna, młoda biegaczka nakręcona pozytywnie jak katarynka, żegna się dramatycznym wpisem. Kontuzja kolana wlekąca się już długo, uniemożliwia jej nie tylko bieganie, ale  także rowerowanie, pływanie. Siąść i płakać. Jednak wierzę, że młodzieńcza witalność wygra z kontuzją i Moni wróci do tego co lubi. Trzymam kciuki.

Kot, wąż o kamiennym sercu wyhodowany na codziennej wołowince, jadzi z pod koca nucąc niby  przypadkiem: żeby kózka nie skakała, to by nóżkę zdrową miała, la,la,la...

Za to mąż pożałował i przywitał zmarznięta piechurkę obiadkiem.
Sznycelek w płatkach owsianych, sałatka ziemniaczana z kaparami, pieczony boczek. Rozpusta. :-)


sobota, 7 grudnia 2013

Ksawery, Grity w śniegu i kurtka NB.



Przywiał Ksawery i mi planów nawywracał. Wszytko na opak.
Zaczęło się już wczoraj. Zapowiadany od paru dni orkan Ksawery radośnie hulał w najlepsze a wielu kierowców z tego co widziałam, opony na zimowe dopiero ma w planach wymieniać. Wywołało to masakryczne korki  na 3miejskich drogach więc nie udało mi się dojechać na wyżebrany, drugi zabieg na nogę.
Pokonanie 4 km zajęło mi 1,5 godziny.
O zdążeniu na zabieg  nie było mowy,  w tym tempie jechałabym  przynajmniej kolejne ze 4 godziny.
Chyba że wcześniej  skonałabym z nudów, głodu i złości. Więc nie dojechałam.
Po 3 tygodniach siedzenia na pupie i kurowania wściekłej nogi, poprawa jest wielka ale ciągle to nie jest etap wyleczenia.

Wczorajszy stres drogowy, wywołał we mnie takie ciśnienie  na przemieszczanie się biegiem, że tylko resztki rozsądku pozwoliły mi na  nie porzucenie samochodu w pierwszej lepszej zaspie, nie ubranie się w ciuchy biegowe wiezione ze sobą do przebrania na rehabilitacje i nie wrócenie do domu  biegiem.
Na 100% byłoby ze 2 razy szybciej i mniej by było przeklinania. Dzięki bogu nie miałam kurtki, a wczorajsza pogoda niespecjalnie zachęcała do biegów przełajowych w jednej letniej koszulce i spodenkach 3/4.

Dziś rano jeszcze Ksawery z za okna śpiewał, ale 1 rzut oka za szyby... i zatchnęło mnie.ZIMA!!!! POGODA!!!  Piękna, cudna, śnieżna zima. Musiałam zobaczyć jak się mają sprawy w lesie. :-)
Niech się noga wścieka, święta moja pani Natalia rehabilitantka z RehaSport, żywa patronka od nóg beznadziejnych, na pewno znajdzie sposób żeby mnie jakoś z kontuzji w końcu wyciągnąć. Więc dość siedzenia. Wystarczy że przez kontuzję przeszedł mi koło nosa dzisiejszy, pierwszy z serii 2013/2014 bieg po plaży o Grand Prix Sopotu TIMEX CUP. :/

Trochę śniegu Ksawery nawiał.
Wytrzepałam więc ciuchy biegowe z 3 tygodniowej warstwy kurzu i pogrzałam do... Biegosfery.
No bo gdzieżby indziej, przecież nowy zimowy sezon biegowy wymaga nowych zimowych akcesori jak TIRy wymagają zimowych opon na podjazdach 3miejskiej obwodnicy.
Czyli NATYCHMIAST!
Chciałam kupić tylko stuptuty, ale z braku laku wyszłam z cudowną kurtką typu softshell od NB.
Teraz już nie było odwrotu, noga nie noga, kurtkę i Brooksy na śniegu przetestować trzeba.

A w lesie...  zaczęło się niewinnie.
Zaplanowałam lekki marszobieg, coś koło 3 km,  bo po tygodniach siedzenia i nawet nie chodzenia za wiele (pierwsze 2 tygodnie byłam w stanie poruszać się z prędkością nie więcej jak metr na minutę a schody tylko windą ;/), bałam się, że wypluję płuca już po pierwszym kilometrze. No ale jest jak jest, niestety(?) okazało się, że forma nie odpuszcza aż tak szybko jak myślałam.
W końcu! Szlak biegowy pod stopami, głowa się wietrzy i piękno w koło. A w  wypoczętych nogach niespodziewana moc, pozwalająca bez trudu biec w śniegu, którego z każdym krokiem w głąb lasu przybywało. Więcej mi nie było trzeba, żeby pożegnać się z rozsądnymi planami.
Więc: jeszcze tylko do tego zakrętu, jeszcze tylko ten podbieg, ojej!, a tędy jeszcze nikt nie szedł, o!, tu nie mogę skrócić bo ślad narciarze założyli, przecież nie będę deptać. I tak 6 km lasu migiem przeleciało.



Noga trochę wnerwiona, ale to nie taki problem jak fakt, że pani Natalia mnie zabije, za bieganie bez pozwolenia.
2 bałwany, Brooks Pure Grit.
Ale poza tym, same pozytywy.
Brooksy Pure Grit kupione docelowo do biegania zimą po lesie i polnych drogach, zdały egzamin z biegania po śniegu na 5+.
Ich podeszwa trzyma się śniegu wszystkimi swoimi pazurami. W końcu pokazały, po co one tam właściwie są i co tak się szczerzą drapieżnie.
Na mniej lub bardziej ubitym śniegu, Grity trzymają się jak przylepione. W głębokim puchu, luźnym, lekko rozdeptanym czy wcale nie bieganym, nie stawiają oporu i nie obciążają nóg.
Podeszwa nie chwyta nawet bardzo mokrego śniegu, więc nie biegnie się na "kopycie" ze śnieżnej buły, które co chwilę trzeba odskrobywać od buta na nowo, żeby sobie nóg na tym nie powykręcać. Czy w górę czy z górki, jest stabilnie i pewnie.
No na lodzie wiadomo, my królowa i Brooksy nasze, jeeedzieeeemyyyyy. Ale na lodzie, to chyba tylko kolce albo nakładki by pomogły.

Kurtka: cudo. Wszytko jej wybaczyłam. I to, że jest czarna (za to poraża kolorami podszewek ukrytymi wewnątrz). I to, że nie ma kaptura. Jest wygodna, ładnie dopasowana do sylwetki. Chroni przed wiatrem a jednocześnie na tyle oddycha, że człowiek się w niej nie gotuje i nie zapaca jak prosię w marynacie.
Ma kilka dedykowanych biegaczom bajerów na które jestem łasa.

Rękawy są przedłużone i oprócz otworu na kciuki, mają wszyte w rękawach  "kieszonki" które tworzą  zintegrowane rękawiczki. Genialny wynalazek, na miarę koła a nawet geniuszu pilota do TV.

Suwak jest dwukierunkowy, co bardzo sobie w bluzach/kurtkach sportowych cenię. Można się rozpiąć od dołu jeśli chce się ochłodzić a być zapiętym pod szyją.
Bardzo często korzystam z takiego rozwiązania.
Lub odwrotnie. Do wyboru.

Kurtka ma przedłużony tył, który chroni zadek przed marznięciem.

Do tego 2 zewnętrzne, pojemne i głębokie kieszenie zamykane na zamki i 2 wewnętrze. Nie zapinane ale tak głębokie i na dodatek zwężające się ku górze, że raczej trzeba by biegać na rękach, żeby coś z nich wypadło.Dziś biegłam z komórką w kieszeni, i pierwszy raz  krój kurtki pozwolił na komfortowy bieg bez obijania się włożonej w kieszeń rzeczy o ciało. Czyli się da tak uszyć kurtkę, żeby kieszenie były użyteczne!

Kurtka okazała się tak cudowna, że chyba będę w niej spała. ;)

Ryjąc zębatymi podeszwami Gritów świeży śnieg,
kłusem pozdrawiam,
Ratlerek

Kot mówi, że pani Natalia mnie nie zabije, bo to przecież anioł nie kobieta. 
Ona mnie każe zagipsować od palców stóp po pachy . Do wyleczenia. Czyli na jakieś 5 lat.