
Nawet bieganie w bardzo rekreacyjnym zakresie powoduje, że pewne rzeczy stają na głowie.
Rzeczywistość ujawnia swą dualną naturę.
Odległości.
Bieganie zakrzywia czasoprzestrzeń, jednostki odległości ewoluują w dziwaczny sposób.
Takie 10 km.
Kiedyś 10 km to było "daleko". Odległość nie do pokonania na piechotę. Wsiadałam do samochodu albo szłam na autobus.
A teraz
- Ile dzisiaj przebiegłaś?
- Eee, dzisiaj krótko, tylko 10 km.
I to naprawdę jest "tylko 10 km". Żadna rewelka, raczej dość standardowa jednostka biegowa.
A ile muszę się nakombinować jak przychodzi długie wybieganie i trzeba nadeptać te naście, dwadzieścia km.
Wbiegam do "kiedyś wielkiego lasu" i kręcę się po nim jak chomik w karuzeli depcąc po własnych śladach i zaliczając wszystkie boczne ścieżki. Na koniec dobiegam do punktu wyjścia i okazuje się, że brakuje 1,5 km. No to kręcę małe kółka wkoło domu/samochodu jak potłuczona.
No bo już "wszędzie byłam"
No i właśnie, wartość odległości uległa tajemniczej dewaluacji.
Jesienna depresja.
Ale że co?
Nie mam czasu, na termometrze za oknem 7 st C + chłodny wiatr. No w końcu zelżał ten upał, więc nie czas na depresję, skoro w końcu można komfortowo pobiegać bez gotowania się we własnym sosie po pierwszych 100 metrach.
Do tego w lesie święto jesieni. Piękno oczywiste. Szał kontrastów. Wściekle intensywne, wilgotne jesienne kolory zanurzone w siwych mgłach. Urlop powinien przypadać w październiku.
Jaka tam depresja, jak mózg się gotuje od nadmiaru pozytywnych wrażeń.
Temperatura.
Jak wyżej. Pojęcia: ciepło/zimno, jakoś już nie znaczą, tego co znaczą.
(No jak u Leśmiana prawie:
" a słowa się po niebie włóczą i łajdaczą
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!..."
Jestem zmarzluchem. Temperatura 7 do 0 st C to już bardzo zimno. Kozaki, czapy, szale, gruba kurta.
A do biegania to jest super komfortowa temperatura, w sam raz na spodenki 3/4 , jedną cienką bluzę i cieniutką wiatrówkę. Luz, komfort i "niechtakbędziecałyrok".
No to jest ciepło czy zimno? Sama nie wiem.
Ubranie.
Zestaw: krótkie spodenki + czapka i grube rękawiczki?
Jedne cieniutkie skarpetki na - 20 st C? No normalne przecież.
Cienka wiatrówka z kapturem to uniwersalny ciuch całoroczny. Ta sama sprawdza się tak samo dobrze przy + jak i przy - 20 st.C.
Buty (biegowe).
Kompletnie wszytko na głowie postawione.
Nie wiem jak mi to przez klawiaturę w ogóle przechodzi, ale ... nie ma znaczenia jak wyglądają, jaki maja kolor, markę i co gorsza... cenę. Jeśli jest szansa że "to te" to po prostu je kupuję.
W dodatku okazało się, że nie ma butów za cienkich. Na każdą porę roku, zimę też, buty biegowe mają być przede wszystkim lekkie, przewiewne i... przelewne. Niech się wlewa co chce, byle się wylało, odparowało i oddychało.
Żadnych ocieplanych, wodoodpornych cudów na kiju.
Kalorie.
Kalorie jak kilometry. Im więcej biegam tym większej dewaluacji ulegają kalorie.
Ile bym nie zjadła... i tak wychodzi, że jestem głodna a na wadze ubytek.
Niby fajnie, ale to dziwne trochę, żeby kobietę taniej było ubierać niż karmić.
Jeszcze dziwniejsze są chyba moje jęki : " o matko, no muszę przytyć".
Schody.
Kiedyś schody to była dla mnie "przeszkoda ". Lazłam w górę i tylko zadyszki dostawałam.
Teraz objawiły swój geniusz. Dla biegacza to genialny wymysł architektoniczno- rehabilitacyjno-gimnastyczy.
Im bardziej strome tym lepsze.
Achillesy można sobie zrehabilitować, siłę poćwiczyć, interwały zrobić, a po wszystkim wydajnie i wygodnie się rozciągnąć.
Nogi.
A zwłaszcza cudze. Bez różnicy damskie czy męskie, młode czy stare, krótkie czy długie, zgrabne czy na beczce prostowane.
Łypię na nogi i kalkuluję: biegacz czy tylko chudzielec? Przeliczam proporcje i suchość łydki do nabudowania ud, wypatruję mięśnia piszczelowego przedniego. I bawię się w zgadywanki: czy to biegacz, cyklista, a może tri?
A może inne cudo w jeszcze inny sposób użytkujące nogi swoje?
W czarnych butach pozdrawiam,
Ratlerek
A kot mówi, że po jego nogach od razu widać, że on to jest kwadro, w związku z czym wszyscy tri mogą mu nadmuchać. Cieniasy na trzech.