sobota, 14 grudnia 2013

Jak nie biegać.

Wzrok bazyliszka + cykliczne: MIAAAU!
Jak nie biegać, jak człowiek aż piszczy?
Jak nie biegać, skoro człowiek to twarda i uparta bestia, zęby w ścianę, ibuprom w ostateczności, ale zrobione będzie i to z bananem na gębie?
Na dodatek w każdym z nas  tkwi wewnętrzny kapral. A ten wiadomo, połączenie osła z panną lekkich obyczajów. Oględnie mówiąc, (młodzież lurkuje to matce dzieciom wulgaryzmów używać nie wypada) bestia to nie do zdarcia i nic mu nie przetłumaczysz.
Prawie jak kot domagający się swojej  codziennej porcji surowego mięsa.

Niestety jakoś trzeba. Metoda na kaprala, daje efekty opłakane.
Kontuzja się babrze i końca jej nie widać.

Zamiast grzecznie siedzieć na tyłku, pobiegało mi się ostatnio skoro noga nie bolała, to trzeba teraz wypić to piwo co się go radośnie naważyło.
Krajobraz na placu boju wygląda tak: kontuzja odnowiła się natychmiast. Święta pani Natalia, zbombardowana błagalnymi esemesami w ilości fafdziesięciu, nagięła czasoprzestrzeń i wynalazła jakiś termin na już, upychając mnie między pacjentem 67 a 68 tego dnia i litościwie przyjęła, prawdopodobnie kosztem swojej  przerwy i tak zajętej inną kontuzjowaną niemotą.
Kolejna terapia manualna, kolejny zakaz biegania, postraszenie jeszcze raz tym samym:
1. jak się to zapaprze, to ponoć potrafi dojść do stanu, że trzeba strzykwą ściągać to, co tam się  zbiera w wyniku stanu zapalnego.
2. jak się nie wyleczy do końca, to może się paprać latami.
3. gipsowaniem nie straszyła, ale na początek otaśmowała.

OK. Poczułam się postraszona. I nawet przez 2 dni nie myślałam o bieganiu w kategoriach innych, jak nagłe ataki apopleksji i toczenia piany z paszczy na widok innych biegaczy + knowaniami, jak którego przejechać, ale tak sprytnie, żeby wyglądało na niechcący. 
Człowiek w sytuacji odstawienia, robi się nerwowy i niesympatyczny jakiś taki.
Sprawę pogarsza, że  nie tylko bieganie jest zabronione. Zabronione są też wszelkie podskoki, wykroki, wypady i inne atrakcje, którymi biegacz ewentualnie mógłby się pocieszyć, że wprawdzie nie biega, ale chociaż siłę robi. Czyli odpadają też domowe programy typu "chodak i spółka", tak samo jak większość  samoróbek typu interwały na skakance z braku laku. Otaśmowanie na stałe na  kilka dni z rzędu, wykosiło też basen.

Jakąś pociechą wydawały mi się marsze. Marsze zostały zalecone.
Zaczęło się całkiem przyjemnie. Nawlekłam na siebie ciuchy biegowe w ilości jak na mrozy syberyjskie i opakowana na grubo jak pingwin, raźno pomaszerowałam do lasu.
Mózg na widok lasu przeszedł w tryb przyjemnej ekscytacji i wydał werdykt : pogoda akuratna, warunki do biegania  niezłe, no to ... biegnij. HALO! Biegnij?!
A tu zonk. Ani kroku  truchtnąć nie należy. Co gorsza, maszerować należy ostrożnie, nie za szybko, a jakby coś nie daj losie w nodze się odezwało, zwolnić do spacerku. Górki wszelkie omijać skrupulatnie, żeby nogi nie wnerwiać.


No to marszospaceruję. Podziwiam okoliczności przyrody. Las znajomy, pod stopami ścieżki wielokrotnie przebiegane. Swojsko, miło, ładnie bo polsko do bólu. Spokojnie, szaro, landszafcik miły, jak plasterek na nerwy. Aż się samo w głowie snuło: "...drogą dziwną i zaklętą, sennym zielem porośniętą, pełną ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia..." Wydawało mi się, że nic nie może się zdarzyć, że nuda do bólu. Aż tu las ukazał nieznane oblicze.
Trasa którą leniwym truchtem "robiła się" zanim się obejrzałam, uległa tajemniczemu  zniekształceniu.
Czy to czasoprzestrzeń się zakrzywiła, czy na wstęgę Mobiusa wdepnęłam przez nieuwagę, czy tylko mózg postanowił się zdrzemnąć, nie wiem. Ale szłam i szłam i szłam i szałam i... szłam.
Prawie usnęłam tak szłam. Swiat znów zmienił wymiary.
Skurczył się podejrzanie jakiś czas temu, akurat jak zaczęłam biegać, a teraz chyba spuchł. Może chory, może też ma kontuzję?

I chyba by mnie szalg trafił i znów by mi się w głowie zagotowało od tego chodzenia, ale odwiedziny na  podgladanych blogach wylały mi kubeł zimnej wody na łeb.

Ojciec którego bloga czytam, choć komentarza  zostawić nie potrafię, mało że kulawy, to jeszcze teraz "bez ręki". Nie wiem co mam napisać, żeby jakoś wesprzeć. Chyba tylko tyle,  że walenie głową w ścianę też jest kontuzjogenne. Więc jakby przyszła taka chwila, to jednak może lepiej szklankę zimnej wody zamiast.

Moni, piękna, młoda biegaczka nakręcona pozytywnie jak katarynka, żegna się dramatycznym wpisem. Kontuzja kolana wlekąca się już długo, uniemożliwia jej nie tylko bieganie, ale  także rowerowanie, pływanie. Siąść i płakać. Jednak wierzę, że młodzieńcza witalność wygra z kontuzją i Moni wróci do tego co lubi. Trzymam kciuki.

Kot, wąż o kamiennym sercu wyhodowany na codziennej wołowince, jadzi z pod koca nucąc niby  przypadkiem: żeby kózka nie skakała, to by nóżkę zdrową miała, la,la,la...

Za to mąż pożałował i przywitał zmarznięta piechurkę obiadkiem.
Sznycelek w płatkach owsianych, sałatka ziemniaczana z kaparami, pieczony boczek. Rozpusta. :-)


1 komentarz: