
Moje przedłużające się boleści goleni, zniecierpliwiły w końcu rehabilitantkę, świętą panią Natalię z Rehasportu.
Zaowocowało to wezwaniem na pomoc ciężkiej kawalerii medycznej. Ortopedy doktora Pawła Rybaka.
Oględziny i wywiad w pierwszej chwili potwierdziły wcześniejsza diagnozę: zapaleni okostnej przy piszczeli.
Ale dociekliwość lekarza został podrażniona niepoddawaniem się mojej kontuzji rehabilitacji.
Już nie powinno boleć. Ponad miesięczna przerwa w bieganiu + zabiegi manualne powinny już pomóc.
Powinnam już biegać bez bólu.
A ja co? Po lekkich 6 km, zjawiam się znów kulawa i z opuchlizną na dokładkę. Jak jakiś wyrzut sumienia.
Pan doktor, kazał zajrzeć do środka.
Najpierw RTG - czysto.
Na wszelki wypadek, choć bez większej wiary w wykrycie czegokolwiek, zlecono jeszcze USG.
I tu ZONK.
Pani doktor Joanna Niemunis-Sawicka, najpierw oświadczyła smętnie, że zna lepsze sposoby na życie niż bieganie. Potem smyrała i smyrała po nodze i już myślałam, że na tym się skończy, aż tu pani doktor dziabnęła mnie głowicą od aparatu USG w jakiś czuły punkt, nie bardzo tam gdzie teoretycznie był problem:
- Tu! - stwierdziła pani doktor.
- AŁ! - zameldował Ratler.
- I tu!
- AUuuu!!! - zaśpiewał Ratlerek cienkim głosem.
No i tym sposobem się dogadałyśmy. Pani doktor znalazła 2 ogniska "złamaniowe".
Malutkie, koło 4 mm.
Niby nic. Ale diagnoza bolesna: 2-3 miesiące bez biegania. Bez skakania. Bez wykroków, wypadów, czegokolwiek co obciąża nogi.
Odpoczywać, regenerować się, dać sobie czas.
I tym sposobem wszelkie plany biegowe na rok 2014 poszły się paść, a wypracowana forma odpływa sobie z dnia na dzień we wspomnienia.
Najpierw byłam wściekła, potem załamana, potem się obraziłam i stwierdziłam, że z bieganiem KONIEC! Mam dość. To nie jest sport dla normalnych ludzi.
Teraz po prostu czekam grzecznie.
Zapisałam się na aquafitness na 3 razy w tygodniu. Czasami machnę jakieś nie angażujące nóg siłówki. Czekam na śnieg, bo wolno mi biegać na nartach. To nie generuje uderzeń nóg o ziemię więc można.
Jakoś przetrwam.
Może komuś pomogę nie popełnić moich błędów, więc objawy jakie miałam.
Bolało mnie jakoś tak od września.(!)
Ból nie był mocny, raczej tępy z czasem piekący i co najdziwniejsze, na początku właściwie nie przeszkadzał mi biegać.
Bolało mnie na środku goleni, przy tuż przy kości piszczelowej, lekko od wewnętrznej strony nogi. Pojawiała się lekka opuchlizna, płaska, lekko bolesna, wyczuwalna przy naciskaniu i czasami widoczna.
Bolało mnie głównie przy chodzeniu, w momencie przetaczania stopy od pięty do palców.
Nie bolało mnie prawie przy bieganiu.
Trochę jak zaczynałam biec, potem po kilku, 2-3 km ból potrafił przejść prawie zupełnie, pojawiał się znów po przekroczeniu kilkunastu km lub wykonaniu mocniejszych akcentów (przebieżki, podbiegi).
Jak robiłam parę dni przerwy w bieganiu, malał. Ale nie przechodził, zawsze gdzieś tam przy chodzeniu i na schodach go czułam.
Myślę, że wtedy to jeszcze nie był etap złamania.
Patrząc wstecz, widzę że najbardziej chyba zaszkodziły mi długie letnie dni, pozwalające na dłuższe biegi robione przez 2-3 dni z rzędu (piątek, sobota, niedziela) mimo nawracającego bólu. A potem feralny kros na 8km który zaostrzył ból.
I gwóźdź do mojego biegania: Bieg Niepodległości 11 listopada.
Noga już mnie wyraźnie bolała. Miałam problemy z chodzeniem po schodach i chodzeniem w ogóle. Utykałam. Kiepsko też było z bieganiem, zanim się "rozruszałam" wyraźnie kulałam choć nadal przy bieganiu bolało najmniej.
Trochę więc pauzowałam żeby dać nodze odpocząć, ale byłam zdeterminowana i na start stawiłam się nafaszerowana ibupromem i... poleciałam. Głupie to było. Ale wiem to teraz.
I to był koniec. Myślę ze to właśnie wtedy ze stanów zapalnych i przeciążeń, kontuzja przeszła w stan złamań zmęczeniowych.
Do domu jeszcze wróciłam na własnych nogach. Ostry ból pojawił się następnego dnia. Coraz trudniej było mi chodzić, przez około tydzień nie byłam w stanie wejść i zejść po schodach. Skakałam na 1 nodze albo jechałam windą nawet na pierwsze piętro. Pobolewała mnie noga w nocy, wcześniej tego nie było, żeby bolała noga w spoczynku.
Co sobie myślałam?
Najpierw, że to typowe bóle piszczeli.
Ale teraz wiem, że bóle piszczeli "odpowiadają" na ćwiczenia (rehabilitacje) i przerwę w bieganiu. Ale trzeba im dać czas.
Potem przemknęła mi myśl o złamaniach zmęczeniowych, ale wydawało mi się to niewiarygodne i bez sensu. Biegam przecież mało.
I tu błąd. Złamaniami zmęczeniowymi zagrożeni są już biegacze wybiegujący raptem 30-40 km tygodniowo. Kobiety wielokrotnie częściej niż mężczyźni (zasługa babskiej gospodarki hormonalnej)
Myślałam: no nie możliwe. To problem zawodowców i amatorów w ciężkim systematycznym treningu. No gdzie mnie taka kontuzja, od tego kulania się po krzakach?
Wymyśliłam więc, że to chyba zapalenie okostnej i poleciałam do RehaSportu bo to już wydało mi się groźne. Tam w sumie potwierdzono moją "autoparadiagnozę".
Żeby zaciemnić jeszcze bardziej, po pierwszej terapii manualnej na okostną, ulga była olbrzymia!
Zaczęłam prawie normalnie chodzić, ból zmalał z dużego na lekki.
Wydawało się, że tędy droga.
Ale ból ciągle był. I ciągle utrzymywała się opuchlizna. Każde podbiegniecie np. przez ulicę, powodowało nawrót większego bólu.

Bolało mnie na środku goleni, tuż przy piszczeli. Wyraźnie czułam, że to nie był ból z mięśni.
Opuchlizna, płaska i nieregularna, utrzymywała się na środku goleni. I to też mylące, bo pęknięcia są sporo niżej, jakoś tak w 1/4 kości goleniowej od dołu i bardziej po wewnętrznej stronie. Czyli największa wyczuwalna na co dzień bolesność i opuchlizna pojawiały się sporo wyżej i bardziej z przodu kości.
Złamanie zmęczeniowe powstaje etapami. Spotkałam się z określeniem, że jest to" kontuzja twardzieli", ludzi którzy biegają mimo bólu.
Ja bym raczej nazwała ją "kontuzją oszołomów", albo nie owijając w bawełnę: " kontuzją głupców liczących na to, że rozbiegają ból".
Żeby doszło do złanania zmęczeniowego, potrzebna jest kumulacja przeciążeń i notoryczny brak odpowiedniej ilości regeneracji, rozłożone w dłuższym czasie. Tego typu złamanie w odróżnieniu od normalnego złamania, nie powstają w skutek nagłego, jednorazowego urazu.
To suma zaniedbań i zignorowanych sygnałów organizmu. Trzeba sobie na to solidnie zapracować, własnym oślim uporem.
Najpierw jest nadwyrężenie mięśni co powoduje, że przestają one spełniać swoją funkcję amortyzującą i przeciążenia związane z amortyzacją przechodzą bezpośrednio na kość. Ignorowanie tego stanu przeszło w moim wypadku w zapalenie okostnej. Stąd tak dobra odpowiedz na rehabilitację manualną stosowaną przy zapaleniu okostnej- bo to też było.
Dalsze ignorowanie bólu i bieganie pomimo niego, powoduje tak duże przeciążenie kości, że dochodzi do jej pękania.
Co powinno zwrócić uwagę?
Chyba głownie przewlekłość bólu i jego nie ustępowanie w wyniku przerw, chłodzenia, rozgrzewania, stosowania zewnętrznych środków przeciwzapalnych (stosowałam traumon), rehabilitacji, ćwiczeń na wzmocnienie mięśni bolącej partii nóg i wyrównujących ewentualne dysproporcje czy kompensowania.
A! I przede wszystkim moją uwagę powinno zwrócić, złajanie mnie jakoś przy pierwszej wizycie w Rehasporcie przez rehabilitanta, za zbyt szybkie zwiększanie dystansów. Ale to było "dawno" i mi się wydawało, że już nieprawda.
Co jest przyczyną u mnie?
Słabe przygotowanie mięśniowe do biegania.
Podejrzewam też, że zbyt gwałtowne zwiększenie objętości przekraczające moje możliwości na danym etapie.
Dysproporcje w pracy mięśni między stronami ciała.
Co prawdopodobnie nie jest przyczyną u mnie?
Technika biegu. Gdyby to była ona, doszłoby do tej kontuzji wcześniej.
Ale to będziemy z panią Natalią badać.
Buty mini. Wszyscy badający mnie wiedzą i widzieli w czym biegam. Nie upatrują w tym przyczyny.
Trzeba wzmacniać mięśnie i tyle.
Oraz co najważniejsze, mieć na uwadze, że się nie ma już lat nastu, tylko ponad 40ści. Ma się od kilku lat pracę biurową, czyli siedzącą. I wszędzie wozi zad samochodem, czyli nie chodzi prawie wcale. A to ważne!
Co dalej.
To kontuzja z serii: czas, odpoczynek i dobra dieta.
Można przyśpieszać regenerację kości zabiegami, ale jak usłyszałam koszt to postanowiłam poczekać. A na szopki z NFZtem nie mam zwyczajnie ani czasu, ani chęci.
Sama z siebie, wybieram się na dodatkowe badanie gęstości kości. Zawsze byłam "chudą szkapą" a to u kobiet często przyczyna zachwiania równowagi hormonalnej, co może prowadzić do powstania osteopenii, a w dalszym czasie nawet osteoporozy.
No i wzmożenie myślenia i dmuchania na zimne. Aż u 60% !!!! biegaczy, którzy doświadczyli tej kontuzji, dochodzi do jej nawrotów.
Więc za jakieś 2 miesiące kontrola: USG. Jak będzie czysto, można wrócić do biegania.
Na razie czekam na śnieg.
Człapiąc pozdrawiam,
Ratlerek.
A kot mówi, że tak mu mnie żal, że lepiej na razie nic nie będzie mówił.
Czyli się dokonało. Gad ofutrzony, ludzkim głosem przemówił .