sobota, 12 października 2013

Jak kupić buty a nie oszaleć? W BIEGOSFERZE.

Zd. ze strony BIEGOSFERA.PL
Nienawidzę kupować butów!!!
Gorzej mi na samą myśl.
A niestety już pod koniec lipca zorientowałam się, że butów do biegania na zimę nie mam.

Ruszyłam więc na łowy.
Obejrzałam wszystko co stało w Decathlonie, GoSporcie, InterSporcie, sklepach firmowych Adidasa, Nike, Reeboka, Pumy itp.
Nic nie wzbudziło mojego entuzjazmu.
Gorzej!
Najmniej entuzjazmu wzbudziłam niestety ja w sklepowej obsłudze działów z butami.
To jest jakiś koszmar.
W gdyńskim InterSporcie obsługa histerycznie i dość skutecznie chowa się przed klientem jak najdalej  od działu w którym powinna być.
Jedyny sposób na przechwycenie kogoś z obsługi, to ukryć się między półkami, zaczaić, odczekać aż stracą czujność i znienacka wypaść na nich jak się pojawią, na tyle szybko, żeby nie zdążyli uciec.
Zresztą, szkoda zachodu na te wygibasy i tak: " nie wiedzą, nie znają się, nie mają czasu, zarobieni są". 

W Decathlonie  mają inną politykę: obsługa owszem tkwi na posterunku, odkłada, układa, kręci się, ale... zwyczajnie nie wie nic i jest zainteresowana głównie sama sobą i swoimi wewnątrzfirmowymi relacjami towarzyskimi.

W GoSporcie na dziale z butami waruje bardzo miły pan, który niezmordowanie gania do magazynu i przynosi każdą upatrzoną parę butów w 10 różnych rozmiarach i kolorach. Naprawdę się stara, żeby klient był zadowolony. Ale jak zaryzykowałam i zapytałam owego bardzo miłego pana ekspedienta o wysokość dropu w upatrzonej parze, to odniosłam wrażenie, że pierwszy raz słyszał to słowo i nie był pewien po jakiemu do niego gadam. Pytania o polecenie mi jakiejś pary butów z nurtu biegania naturalnego nie zaryzykowałam. Jeszcze by zadzwonił po mniej miłych panów z "przekroczeniówki" i by mnie deportowali gdziekolwiek.

Ruszyłam więc na podbój blogów, for, recenzji i sklepów internetowych.
Po burzy mózgów, wybór padł na Merelle Bare Acess ARC 2.
Wydawały się  idealne, więc zakupiłam parę w sklepie internetowym City Sport.
Buty fajne, ale niestety nie dla mnie, bo ich kształt i dziwne zawinięcie podeszwy na palce kompletnie nie korespondują z moimi stopami. No i inaczej je sobie wyobrażałam wnioskując ze zdjęć i opisów.Zakupy w oparciu o recenzje internautów niestety okazały się porażką.
Potwierdza się zasada, że buty trzeba mierzyć przed kupnem.
I tu wielkie  podziękowania dla cierpliwości i polityki sklepu City Sport. Kupione Merelle najpierw bez problemu wymieniłam na inny rozmiar,  potem bez problemu przyjęto zwrot.

Postanowiłam więc, nie kombinować więcej sama i zrobić to co powinnam od razu: zdać się na ostatnią deskę ratunku.
Pana Marcina Czaplę (kierownika sklepu) z Gdyńskiej BIEGOSFERY.
I to był strzał w 10tkę!
Ledwo wtoczyłam się do BIEGOSFERY i zamiast "dzień dobry" wymamrotałam oględnie, że "potrzebuję butów na zimę", zostałam rozpoznana (!?) i z miejsca  obsłużona w tempie zawrotnym.

Pan Marcin najpierw przegonił innego sprzedawcę,  wykrzykując z oburzeniem na jego propozycję  butów: "ta pani biega w Minimusach!", a potem  sięgnął na półkę i wręczył mi parę butów z tekstem : "to buty dla pani".
I to były buty jakich właśnie szukałam.
4mm dropu, bieżnik na lekki teren ucywilizowanych szlaków TPK, dość gumy pod stopą żeby niwelować zimowe wertepy i twarde podłoże, ale buty wciąż lekkie i nie przekombinowane.
Oczywiście, że obejrzałam inne.
Ale te pierwsze, wybrane przez pana Marcina to były właśnie takie buty jakich szukałam, a nawet jednego zdania nie  wyartykułowałam na temat jakich to właściwie butów bym chciała.
Normalnie aż się wzruszyłam.

Brooks Pure Grit
Bardzo polecam ten sklep, zwłaszcza osobom początkującym.
Obsługa jest rewelacyjna, kontaktowa, można  pytać, gadać, naprzykrzać się, stękać, kwękać, nudzić.
W sklepie jest bieżnia i można zbadać typ stopy, lub tylko przetruchtać się w butach, które planujemy kupić.
Bardzo pomocne przy podejmowaniu decyzji o kupnie.
Przede wszystkim, w BIEGOSFERZE pracują pasjonaci. Oni nie tylko  sprzedają akcesoria do biegania, oni sami biegają, żyją tym, interesują się, znają, szanują odmienne  poglądy.
Pan Marcin nie jest fanem (lekko powiedziane) butów mini ale skoro sobie ubrdałam, że w takich właśnie mam kaprys biegać, to zwyczajnie bez wciskania mi swoich poglądów pomaga mi  za każdym razem wybrać buty jak najlepsze dla mnie.

Chyba zwyczajnie tak po ludzku, w BIEGOSFERZE lubią i szanują swoich klientów. Nikt się nie chowa między półkami, nikt nie udaje ślepego i głuchego, nikt nie wytrzeszcza oczu na sugestię, że jednak buty do biegania mają także inne cechy niż kolor czy podział na damskie/męskie, tąńsze/droższe.
Wiec ja, klient Ratlerek, uwielbiam, kocham i szczerze polecam ten sklep.

W nowych butach kłusując,
pozdrawiam!
Ratlerek

A kot mówi, że chyba dał się namówić na kupno butów i też pójdzie do Biegosfery.
Będzie kot w butach.




niedziela, 29 września 2013

Gorąca dynia i zielona jesień.

Jeszcze zielono, ale w trawie już muchomory.
Już od paru tygodni starałam się nie zauważać w warzywniaku pięknych , pękatych "słoneczek" dobitnie świadczących, że to już koniec lata . Uparcie nosiłam się jeszcze po letniemu. Zajadle szczękałam z zimna zębami ale broniłam ostatnich bastionów lata: krótkich spodenek do biegania, cienkich rajstop do spódnic i krótkich, cienkich kurteczek mających się do panujących temepratur jak pięść do nosa.Niestety, nie da się zakląć rzeczywistości i zatrzymać lata, trzeba się zmierzyć z pierwszą biegową jesienią, choć słońce jeszcze mami złudnym ciepłem.
Rozpoczęłam te przymiarki po ostatnim długim wybieganiu, od kupna wściekle pomarańczowej dyni i wykopalisk w szafie.
Wytropiłam geterki z długimi nogawkami, bluzy termoaktywne z długimi rękawami, komplet termoaktywnej bielizny, rękawiczki, buffy, czapkę. Niestety nie niewidkę.
I podśpiewując sobie smętnie jesienne standardy, że:
jesień idzie, nie ma na to rady...
oraz że :
ludzie znają mnie tylko z jednej, jesiennej strony...
Wszczęłam poszukiwania i próby zakupienia obuwia biegowego na zimę.
Kiepsko mi idzie. Może do wiosny coś kupię i nie będzie to: za małe, za duże, niewygodne, nie takie, nie śmakie, po prostu będzie to dobre dla mnie do biegania w tym.

Krasnoludek stwierdził że jest niefotogeniczny
Na razie staram się ogarnąć sytuację.
Przystosować znów do biegania po ciemku w tygodniu. Wcześniejszego chodzenia spać. Jakoś im zimniej, tym więcej snu potrzebuję żeby normalnie funkcjonować i mieć siłę do biegania.
Potrzebuję też więcej jedzenia, chyba żeby wytworzyć "kołdrę" na zimę, która uchroni mnie przed zamarznięciem żywcem na naszym  szałowym basenie (tak, znów zapisałam się na zimę na basen.) I nie, nie boję się dodatkowych ze 2 kg na zimę. Bo wiem, że bez nich całą zimę przechoruję, a tak wiosną same  znikną jak tylko zacznie się sałata.
Więc gotuję jesienne już smakołyki  i jem(y) z zapałem.

Korzystając z czasu podczas  długich wybiegań, ułożyłam sobie plan ogólny biegania do wiosny, bo coś widzę, że w plany szczegółowe nie mam serca się  pchać a chciałoby się półmaraton jakoś wiosną, wczesnym latem przekłusować.
Bogatsza w bolesne doświadczenia z nie przebieganego lata i parę porad wyczytanych w książkach i na forum, postanowiłam postawić na... stoicki spokój.

Biegi ścieżką przy jeżynach. Słaby pomysł.
Cotygodniowe dłuższe wybiegania na możliwie niskim tętnie.
Bez chojraczenia na kilometrażówce czy czasie biegu.
Do tego  podbiegi. Dużo podbiegów bo coraz bardziej lubię.
I czasami przebieżki. Choć przebieżki mi idą jak krew z nosa, ostatnio coraz częściej oszukuję sama siebie i przebieżki niby robię, ale pod górę.
Ale w sumie przebieżka pod górę to ciągle (chyba?) przebieżka i co z tego że podbieg?
Podbiegi mi dobrze robią, zwłaszcza na głowę.
Raz na jakiś czas krótszy, szybszy bieg albo jakiś start.
Może nawet w końcu dotrę na  ParkRun.
No i taki to wielki plan.

A co z dynią? To samo co z bieganiem.
Pierwszy jesienny sezon jedzenia dyni w moim domu.
Niby jesteśmy wszystkożerni, ale na potrawy z dyni jakoś rodziny namówić nie mogłam.  Nie i już.
Z pomocą przyszedł imbir. Zupa z dyni, optymistycznie pomarańczowa, doprawiona dużą ilością imbiru, cynamonu, kardamonu, chili i pieprzu... została pochłonięta bez kwękania.
Trudno się oprzeć takiemu rozgrzewającemu miksowi  smaków i aromatów jak za oknem jesienny wiatr, ziąb i popaduje a się akurat wróciło z wyrobionych kilometrów. Bez względu czy  przemierzało się kilometry na 2 kółkach czy w biegowych butach.
Dynia i ogień ostrych przypraw okazały się  prawdziwym balsamem na zmęczenie i jesienny ziąb wdarty aż do szpiku kości.
Ostry krem z dyni  z korzennymi przyprawami i kolendrą.
Poszłam więc za ciosem. Curry z dyni  z krewetkami i łososiem Nigelli Lawson.  Niebo, a właściwie słońce w gębie.
I świetna  potrawa na porę roku siejącą pierwszym rzutem przeziębień. Zwłaszcza w komplecie z sałatką z natki pietruszki, też Nigelli. Kurkuma, tłuszcz kokosowy, natka. Jak znalazł zestaw silnie przeciwzapalny, bakteriobójczy + masa witaminy C . Przeciwko kontuzjom, przeciwko mikrobom, rozgrzewające i jakże optymistyczne w kolorze.

Curry  z dyni na mleku kokosowym, z krewetkami i łososiem.

Truchcikiem pozdrawiam
Ratlerek.

A kot mówi, że on nie pochłaniał za to kwękał i czy w związku z tym to ON się już nie liczy?
A ja mu odpowiadam parafrazą, że owszem liczy się, ale w tym względzie, liczy się w sensie negatywnym.

Jesień jesienią, ale na szosie szał i aż nie wiadomo na co patrzeć. Wyścig na wyścigu, widowisko na widowisku.  Mistrzostwa świata takie i owakie, aż zeza chyba dostałam.
Kwiatek ze złotym medalem mistrza świata w MŚ jazdy drużynowej na czas!
Cudowne występy niemieckiej SuperMaszyny: Panzerwagen wkurzony  brakiem zwycięstwa w czasówce zaszalał w Vuelta a Espana, odbił sobie złotem na MŚ drużynowej jazdy na czas i poprawił złotem w MŚ jazdy indywidualnej na czas. No maszyna nie człowiek.
Ale najbardziej cieszącym akcentem końca lata była pierwsza edycja CykloGdynia i występ mojego domowego szoszona. Kibicowałam mało nie pękłam.

Zd. Szymon Gruchalski/cyklogdynia.pl




niedziela, 15 września 2013

10km. 51 Bieg WESTERPLATTE. GDAŃSK

51 Bieg Westerplatte w Gdańsku jest najstarszym biegiem ulicznym w Polsce.
Czułam prawdziwy zaszczyt, mogąc w nim uczestniczyć.
Niestety, był dla mnie biegiem mało satysfakcjonującym.
Z jednej strony jestem zadowolona, poprawiłam swój czas na 10km o prawie 1 minutę.
Czas netto 00:54:41
Open: 1747/2816
K open 242/ 716
K 40 33/104
A z drugiej strony, jestem okropnie z siebie niezadowolona bo wiem, że "przegrałam" ten bieg już przed startem. Na własne życzenie tylko i wyłącznie w wyniku własnej niefrasobliwości.

Ale od początku.
Bieg rozpoczynał się wprawdzie o godzinie 11 ale  wstać planowałam już o 6.40 żeby na spokojnie zjeść śniadanie, przygotować się i wyjechać z domu o 8.30.
Z zapasem czasu dotrzeć na Plac Węglowy w Gdańsku, przesiąść się na spokojnie do podstawionych tam dla biegaczy autobusów i dojechać  na Westerplatte trochę po 10tej. Żeby się rozejrzeć, rozgrzać i wystartować.
Autobusy na Placu Węglowym czekające na biegaczy. :-)
Niby proste.
Niestety  zaspałam, spanikowałam, w ostatniej chwili zmieniałam plany dojazdowe.
Śniadanie z nerwów i niewyspania zjadam tylko do połowy. Zapomniałam worka na depozyt, więc zdecydowałam się nie brać ze sobą  do autobusu żadnych dodatkowych ubrań poza tym w czym planowałam biec.
Ogólna panika, że nie zdążę zaowocowała tym, że na Westerplatte byłam już nie wiadomo po co chwilę po godzinie 9. Poznałam po drodze i już na miejscu kilkoro biegaczy, ale to choć miłe, nie zmieniało mojej sytuacji. Miałam 2 godziny do startu: za cienko ubrana, niedojedzona, niewyspana i z brakiem koncepcji, co by tu ze sobą zrobić do godziny: 11.12.
Organizatorzy biegu popisali się fantastyczną precyzją. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Natomiast ja się popisałam skrajnym brakiem organizacji i umiejętności przewidywania czegokolwiek.
Skulona na ławce po daszkiem osłaniającym trochę od wiatru, jakoś dotrwałam do czasu w którym, było sens zacząć rozgrzewkę czyli w końcu przestać trząść się i szczękać zębami z zimna.
Pierwszy raz odrobiłam rozgrzewkę sumiennie, ze wszystkimi zaplanowanymi elementami i nawet rozciąganiem.
Przy okazji spotkałam w tłumie biegaczy znajomych. Bardzo sympatyczną i bardzo usportowioną parę rowerzysto-biegaczy. Pozdrawiam!!! :-)
Trasa 51 Biegu Westerplatte.

Sam start z Westerplatte był dość nijaki. Bieg zaczyna się gdzie indziej niż meta i w związku z tym nie ma kibiców, imprezy, całej tej smakowitej otoczki przedstartowej "biegowego święta", bo całe szoł odbywa się na mecie na Placu Węglowym.
Ot, przyszedł czas to się stłoczyliśmy, coś gdzieś huknęło. Tradycyjnie my "strzały i błyskawice północy" z czasami koło 50-60 minut postaliśmy, postaliśmy, potem doczłapaliśmy do bramy startowej i dopiero mogliśmy zacząć truchtać.

Biegło mi się na początku bardzo dobrze. Porządna rozgrzewka zrobiła swoje. Nie było za dużego ścisku, trasa była wygodna,  nie znałam jej więc biegło mi się  swobodnie bez  obciążenia, że "jeszcze tyle do przebiegnięcia" za to ze sporą ciekawością, którędy będę biec. Dodatkowo bardzo mnie motywował fakt, że cały czas wyprzedzałam współbiegaczy.  Byłam naprawdę dobrej myśli.
Ta sielanka trwała do wodopoju na 5 kilometrze. Złapałam butelkę i chciałam podbiec do znajomej którą wypatrzyłam jak  brała wodę i ... straciłam moc.
Nie byłam zmęczona, zdyszana, nie miałam ciężkich nóg. W dodatku byliśmy na szczycie niewielkiego podbiegu i zrobiło się z górki. Po prostu zebrałam konsekwencje ostatnich 2 tygodni: niedospania, niedojedzenia, niebiegania regularnego i wyjątkowo intensywnego stresu.
Niby wszytko było dobrze, a nie miałam z czego biec.
Tym bardziej bolesne, że na ogół to właśnie na 3-5 km rozkręcam się. Rozbieguję się, wpadam w rytm, samo się biegnie tak przynajmniej do 8km.
Jakoś się ogarnęłam, zmobilizowałam, z trudem ale wróciłam do rytmu biegu. Ale wiedziałam, że swój bieg właśnie przegrałam sama ze sobą.
Na szczęście wbiegliśmy w miasto, gdzie pojawili się kibice. To naprawdę bardzo pomaga i mobilizuje.
Zwyczajnie wstyd jest odpuścić.

Jakoś się kulałam, choć skończyło się harcowanie a zaczęła walka o utrzymanie z grupą.
Ostatni odcinek trasy prowadził po Gdańskim bruku.
Jakby mało było mi nieszczęść, to dodatkowo jakieś 2 km przed metą nieuważnie stąpnęłam na śliski pochyły krawężnik i obsunęła mi się z niego noga, bardzo boleśnie się wykręcając.
Ale wrzasnęłam sobie w duchu kilka razy przy kilku pierwszych krokach kultowe powiedzenie jednego z moich kolarskich ulubieńców Jensa Voigta: "Shut Up Legs!" i podyrdałam jakoś dalej.
Zresztą jak wiadomo każdy ratler ma 4 kończyny dolne, to jedna sprawna mniej, nie robi w tej liczbie większej różnicy.
Mimo tych wszystkich Ratlerzych nieszczęść, zachowałam trochę optymizmu. Jak widać na zdjęciu, wypatrzona i okrzyknięta przez 1/4  część Teamu Bez Kota jakieś 600 m przed metą prezentowałam się całkiem radośnie, co nawet o dziwo zyskało odbicie w tempie końcówki. Ostatnie  +/- 100 metrów zrobiłam z oszałamiającą jak na mnie prędkością koło 4.30.
Oczywiście wolałabym biegać w takim tempie całe 10km jak "normalny człowiek" ale, że to mi nie grozi, no to jak się nie ma co się lubi, to się ma chociaż te ostatnie 100 m.

A na mecie- szoł!
Wspaniale zorganizowana impreza. Masa kibiców, czirliderki, telebim na którym kibice mogli śledzić bieg, występy, konkursy, masa biegaczy upchnięta za metą ciasno jak sardynki w puszcze, dla każdego biegacza medal, woda, izotonik.
Fajna impreza jednym słowem.
Po zdjęciach z mety widać, że przekrój startujących był naprawdę imponujący.
W pierwszej kolejności na metę wjechała  "metalowa husaria" na swoich biegowych maszynach, puszczona ze startu trochę wcześniej .
Pierwsze miejsce w stawce głównej wiadomo- Kenijczyk. Henry Kemboi z czasem: 00:30:16.


Michał Czapiński z BCT TEAM wybiegał 19 miejsce w kategorii Open z czasem 00:33:14 !  Gratulacje!
Za drugim reprezentantem  BCT TEAM Andrzejem Gużem (37:41) gnała jak gazela nieduża blondyneczka w turkusowej koszulce, zwyciężczyni w kategorii kobiet biegu na 5 km "Prześcignę raka 2013"


Biegli też Żwirek, Muchomorek i Szuwarek. Panowie też chyba zaspali, ale w przeciwieństwie do zaspanego Ratlera, dobiegli w dobrych humorach.
Na mecie było tak fajnie, że następnym razem chyba sobie pokibicuję zamiast się wysilać. Tym bardziej, że bieg można sobie pooglądać na telebimie zamontowanym na budynku Opery Bałtyckiej. ;)


Medalik, jedyna wtopa organizatorów jaką zanotowałam. Paskudny jest niewyobrażalnie.


A kot mówi, że dobrze, że został domu pilnować jak zwykle, bo go od samego oglądania zdjęć z biegania nogi bolą i nawet czirliderki mu na to nie pomagają. No może trochę.


 *zdjęcia w tym wpisie: Puchaty ,Ratler

niedziela, 18 sierpnia 2013

Może morze, może plaża. A może rower.

Jak nie na 2 nogach, to na 2 kołach.
"Chcesz rozśmieszyć Boga? Powiedz mu o swoich planach."

W planach na lato 2013 miałam: biegać, biegać, biegać.
Miałam w planie zabiegać się do upadłego.
I owszem się nabiegałam. Po rehabilitantach z lewą nogą.

Ale już jest lepiej, po prawie 2 miesiącach kulania się na 1 nodze lub w ogóle przerwach w bieganiu, powoli wracam do regularnych biegów.
Noga prawie nie dokucza,"gęsia stopa" ucichła, jakieś drobne pozostałości jeszcze chłodzą głowę, ale chyba już będzie dobrze.
Pierwsze przebieżki odrobione i wczoraj pierwsze długie wybieganie od "samaniepamiętamkiedy" a noga w sumie nic na to.

No i "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" jak już przy przysłowiach jestem.
Pierwszym efektem ubocznym biegowej niedyspozycji jest spory komplet dedykownych  specjalnie dla mnie ćwiczeń siłowych. Widzę że działają, bo mimo przerwy w bieganiu czuję że nogi są mocniejsze. I o dziwo, przestałam uderzać kolanem o kolano podczas biegu. CUD! ;-)


Drugi efekt uboczny- przeproszenie się z rowerem. 
Oswoiłam na 2 kółkach trochę nowych ścieżek do biegania, Ścieżek wyjątkowej urody. 
Na niektórych czułam się jak Mary w Tajemniczym Ogrodzie. 
Kilka innych wykluczyłam z powodu tragicznego podłoża.
Nie wiem kto wymyślił, żeby leśne trakty wysypywać takim okropnym tłuczniem jak na 2gim zdjęciu poniżej. Ani po tym chodzić, ani biegać, rowerem też mało komfortowo.
Już widzę swoją minę, jakbym na to okropieństwo wbiegła w Minimusach.


I chyba dzięki obserwacji pulsów z jazdy na rowerze, ułożyłam sobie coś w głowie i w końcu wykonałam wczoraj długie wybieganie z jakimś sensem.
15 km, spokojnym tempem, bez pędzenia i popadania w histerię, że wszyscy biegają szybciej. Bez kaca moralnego na koniec, że "mogłam/powinnam szybciej"
Tętno średnie 155, ciągle za wysoko ale biorąc pod uwagę, że było okropnie duszno i gorąco to nie jest źle bo w chłodniejszej temperaturze pewnie byłoby niżej 150. Następne będzie  lepsze.

Nadmiar wolnego czasu (pobożne życzenia) z powodu niemożliwości trwonienia go na bieganie, zaowocował istnym wytarzaniem się w innych życiowych przyjemnościach. Naczytałam się.  Dzięki wątkowi czytelniczemu na Bieganie.pl sięgnęłam po "Wiele demonów" Pilcha i zostałam olśniona. Uwiódł mnie realizm magiczny Sigły. Zatęskniłam za "Sklepami Cynamonowymi", Marquezem, Bułhakowem, odkopałam z dna półek i odświeżyłam  jednym okiem w międzyczasie "Flet z mandragory" Łysiaka.
Do kompletu powylegiwałam się na plaży.

Gdynia a jak na Bahama ;-), tylko brzozy zamiast palm i raptem 4 km do domu. W klapkach na rowerku da radę.
Nie takie to lato stracone. Tylko urlopu brak.

Truchcikiem bieżę pozdrowić,
Ratlerek

A kot mówi, że on tą kotkę od Łysiaka to zna osobiście. 
Cioteczna siostra, stryja dziadka Łatka z babki Mruczki strony. 
I  oni wszyscy tacy czarno-biali. 
A on jest jak twierdzi, w prostej linii po mieczu, od praprapradziadka Behemota, dlatego czarny bez skazy.

Biorąc pod uwagę skalę żarłoczności tego stworzenia, jestem w stanie w to uwierzyć. :/

A niebiegowo
Na wczorajszym 6 tym etapie Eneco Tour, Maciej Paterski 3ci.

Zd.: s24.pl/Dariusz Krzywański
Ale nie to jest smaczkiem, tylko to w jakim stylu.
Długa ucieczka i cudem uniknięte łykniecie przez peleton tuż, tuż przed samą metą. Dosłownie na ostatnich metrach. Uciekinierzy na metę wjechali z peletonem na tyłkach. Nie wiem jak im się udało, byłam pewna, że już 300 metrów przed metą  nie dadzą rady uniknąć łyknięcia przez peleton.
Dali. Piękne widowisko.




poniedziałek, 1 lipca 2013

Nie biegasz, poczytaj. Czyli : ile wielbłądów można kupić, za złoty medal olimpijski?

"Ostatni Wyścig" Jeana Hatzfelda, to przerażająca historia, która niestety, naprawdę się wydarzyła.
Nie wiem, czy zachęcam do czytania tej książki. Jest bolesna.

Etiopczyk Ayanleh Makeda wdarł się w świat maratonów przebojem, każdy bieg Ayanleha to spektakularny sukces uwieńczony złotym medalem z Olimpiady w Pekinie.
Gwiazda jego talentu zabłysła olśniewającym blaskiem.
Jak najcudowniejsza kometa.
I jak kometa, nagle zgasła.
Po Olimpiadzie w Pekinie wybuchła afera - we krwi Ayanleha wykryto niedozwoloną substancję. Furosemid, środek moczopędny.
Historia byłaby typowa, gdyby nie jej dalszy przebieg krok po kroku odkrywany przez Jeana Htzfielda.
I gdyby nie to, że jak się okazuje wyjaśnienia padły. Zostało komisji powiedziane skąd  substancja się tam wzięła, kto, kiedy i dlaczego ją podał.
Mimo to Makeda, członek Ishim Club, mieszkający we Francji z żoną i 2 dzieci... znika.
Tak po prostu.
Był, biegał, kochały go tłumy, zdobywał medale, zapraszano go na ekskluzywne rauty.
Jego żona Tirunesh pracowała w paryskiej siedzibie UNESCO.
To dodaje tej historii jeszcze bardziej przerażającego wydźwięku. Bo tę historię poznajemy głównie z opowiadań Tirunesh, która zapłaciła cenę przynajmniej równie wielką jak sam Makeda.
To jest chyba najbardziej wstrząsające. Jej losy. Piekło jakie musiała przejść.
Po prostu znikają z Europy i kompletnie nikogo to nie obchodzi.

Parę lat później, korespondent wojenny Jean Hatzfeld, snując się między okopami kolejnej niekończącej się wojny domowej gdzieś na afrykańskiej pustyni, zauważa znajomą skądś twarz. Twarz żołnierza z kałasznikowem na kolanach. Twarz złotego Olimpijczyka z Pekinu.
Tak zaczyna się ta historia. I to dopiero początek tej potworności.




A biegowo?
Tragedia.
Już nawet nie chce mi się o tym myśleć. Więcej nie biegam niż biegam, a mimo to do biegania ciągle się nie nadaję. Teraz boli mnie kolano.
Mimo że oszczędzałam się jak mogłam w ostatnich tygodniach, nie zwiększałam dystansu, zwolniłam tempo, nie ryzykuję na zbiegach (najczęściej idę po prostu), nie wykonuję ćwiczeń które mogłyby powodować jakieś ryzyko przeciążenia. Zrezygnowałam z przebieżek, podbiegów, skipów, wyskoków. Nie biegam w Minimusach na wszelki wypadek, choć nie czułam żeby mi jakoś szkodziły. Nie biegam po asfalcie. 
Jedyne co mogę zrobić więcej, to po prostu w ogóle przestać biegać.
Nie chce mi się nawet już nic planować, bo bieganie  pod warunkiem nafaszerowania się ibupromem  do niczego nie prowadzi.
Nie wiem jak będzie. Na razie umówiłam się na wizytę u rehabilitantek w RehaSport.
Zobaczę co powiedzą.
I na dokładkę, nawet z kotem w jodze dogadać się nie możemy, który koniec karimaty jest czyj.
Próba przekupstwa w celu wysiudania pańci z karimatki.
Skoro nie działa przekupstwo...
Piechotką pozdrawiam
Ratlerek Kulawiec

Kot nic nie mówi. Zatkało go.
Jakiś pożytek chociaż z kontuzji. :))))
Albo to moja nowa fryzura.:/

I tradycyjnie nie biegowo, bo:  och och i ach ach!!!
Jedzie od trzech dni Tour de France!!!! Setna edycja.
A w nim trzy nasze młode wilczki: Kwiatkowski, Niemiec i Bodnar
Michał Kwiatkowski rozpoczął jazdę w koszulce Mistrza Polski (po wygranej wyścigu ze startu wspólnego w Sobótce). I jedzie... CUDNIE!!!
Wczoraj trzeci po pięknej sprinterskiej walce o włos za Saganem, 7 w klasyfikacji generalnej i pierwszy w młodzieżowej. Zmienił koszulkę biało-czerwoną na białą. :-)
Dziś w klasyfikacji generalnej 4.
"Kwiato"po 2gim etapie. Jeszcze z orzełkiem na koszulce. Zd.Bryn Lennon/Getty Images Europe

A jutro dostanę zawału i podejrzewam że nie będę w tym odosobniona.

Etap jazdy na czas drużynowej (Swoją drogą... nuda. Zawsze przesypiam.)
Ale Omega Pharma-Quick Step dzierży mistrzostwo świata w tej konkurencji.
A jeśli jutro potwierdzą swoje mistrzostwo i wygrają, Michał na kolejny etap założy... żółtą koszulkę lidera wyścigu.

niedziela, 23 czerwca 2013

"Jeszcze trochę jazgotania". Nocny Bieg Świętojański.

Jeszcze sobie pojazgoczę, na temat Biegu Świętojańskiego.
Fajny filmik ze startu znalazłam. Jest ich kilka, ale ten najbardziej mi się spodobał.
Widać to morze ludzi wylewające się za linię startu.


W zamieszczonej na maratonypolskie.pl galerii, znalazłam 2 zdjęcia ze sobą.
Fajnie, na ogół raczej się nie załapuję a tu taka gratka na pamiątkę.

Start.
 I tu widać mój problem z łokciami wyższych biegaczy. Tych 2 panów nie mogłam przez jakiś czas wyprzedzić, a ich łokcie rytmicznie migały mi tuż przed nosem.
Się zagapiło jak inni stali w kolejce po wzrost, to się teraz ma takie problemy.

Meta.
 "Nieco" uhetana tym całym bieganiem. :) I jeszcze na dodatek mokra od wody którą na siebie hojnie wylałam dla ochłody.

Ogólnie, to wszystko mi się podoba.
Cały cykl biegów GPX Gdyni jest bardzo dobrze przygotowany i nie ma się czego czepiać.
Bieganie nocą jak się okazało ma swój urok. Byłam do tego nastawiona dość sceptycznie, ale teraz muszę odszczekać - świetny pomysł, świetna impreza, świetnie się biegło, za rok też pobiegnę.
Ale na tą beczkę miodu, muszę  wylać łyżeczkę dziegciu.
Odniosłam wrażenie, że "pojemność" trasy dotarła do punktu krytycznego. Było cholernie ciasno.
Jeśli w przyszłych edycjach zachce się biec jeszcze większej ilości osób, to  coś będą musieli wymyślić. Bo zrobi się naprawde niebezpiecznie. Może puszczać kolejne strefy co kilka minut? Nie wiem, ale skoro widziałam aż 2 upadki biegaczy, to większe zagęszczenie  skumuluje problem.

Toye... Oj. Śmierdzący problem. Tyle w temacie.

Pakiety startowe.
Bardzo mnie ucieszyła koszulka dołączona do pakietu startowego. Do wyboru było kilka kolorów: czerwony, żółty, niebieski, czarny chyba jeszcze biały. Do wyboru rozmiar.  No szał.
Jak jeszcze zobaczyłam wstępnie, że nie jest bawełniana tylko z tkaniny funkcjonalnej, to byłam zdecydowana w niej biec.
Tyle że w domu po rozpakowaniu, wyłonił się drobny problem.
Domniemane S było wielkości chorągwi. :/


Na zdjęciu widać tą "drobną" rozbieżność rozmiarów. Na górze moja biała koszulka, pod spodem czerwone domniemane S rozmiar.
nnawet pomijając fakt, że są jakieś granice trzepactwa ;) nawet w bieganiu i zwyczajnie nie mam ochoty  wyglądać jak mysz w worku, to jeszcze zostają zwykłe względy praktyczne.
Zasadą funkcjonowania materiałów odprowadzajacych pot od ciała, jest ich przyleganie do ciała.
Naprawdę nienawidzę jak mi pot płynie po skórze.
A w takim rozmiarze, mało że opływałabym potem, to jeszcze łopotała jak chorągiew.
Ale już trudno, ścierpiałabym koszulkę trochę przydużą i pot na skórze, ale w tą wszedł mój mąż i nie była obcisła, tylko przykrótka zdeczko. No to bez przesady z tym niby S.
No i  ostatni szczegół, patrzę na metkę a tam co?
"Made in BANGLADESH" (!?)
Bangladesz?! I jeszcze importowana przez jakąś hiszpańską spółkę.
Koszulek w takiej ilości można już chyba szukać u polskich producentów za symbolicznie wyższą- o ile w ogóle wyższą, cenę.
A tak zarobił Bangladesz, zarobiła Hiszpania, wygrał Ukrainiec a zapłacili Polacy.
Yoł!


Pojazgotawszy sobie
truchcikiem pozdrawiam
Ratler

A kot się rozbawił Bangladeszem i opowiada drętwe suchary z brodą dłuższą niż jego ogon.

Wspomnieniowo, zdjęcie ze startu Biegu Europejskiego. Wtedy mi się już wydawało, że jest bardzo ciasno.
Po lewej na środku mniej więcej. Franklina w różowo-zielonej koszulce a Ratler obok macha obiema łapami.


sobota, 22 czerwca 2013

10km, NOCNY BIEG ŚWIĘTOJAŃSKI, 3/4 GPX Gdyni 2013.

Noc Kupały i 4363 osoby w biegu. :-)
O-RA-NY!
Taka kupa ludzi, dobiegła do mety w gdyńskim Nocnym Biegu
Świętojańskim 2013 a wśród nich, dobiegł Świętojański Ratler.

Przyjechałam na start jakieś 40 minut wcześniej eskortowana przez 1/4 część Teamu Bez Kota i od razu po wyjściu z samochodu wpadliśmy w tą cudowną atmosferę "Miasta Które Biega". To jest naprawdę niesamowite przeżycie, zwłaszcza nocą. Bardziej mnie to rusza nawet, niż samo już biegnięcie. Ta atmosfera oczekiwania, wspólnego celu, porozumienia.  Tworzy się jakaś magia.
Tłum ludzi zdążający w jednym kierunku  z tym samym zamiarem. Tłum w biegowych ciuchach, rozmawiający o bieganiu, truchtający w tą i z powrotem, mający 1 cel - pobiec.
Euforia fruwa w powietrzu, gęstsza i szybsza niż tegoroczne stada komarów. Komarom da się uciec, euforia biegania dopada bez względu na tempo.
Przydała mi się ta zaraźliwa euforia, bo  w formie byłam kiepskiej. Po koszmarnym dniu w pracy, wyżebranym nastawianiu kręgosłupa w ostatniej chwili, wymięta psychicznie, wymęczona fizycznie, zwyczajnie senna i wciąż nie w formie w wyniku nękających bóli nóg i krzyża, potrzebowałam trochę motywacji.
W dodatku koleżanka Franklina która przyjechała do Gdyni na bieg, tak się skutecznie zawieruszyła w tłumie biegaczy i kibiców, żeśmy się w końcu nie znalazły.
Szkoda.
Ale mimo wszytko, to był fajny bieg.

Odrobiłam krótką ale nawet jak na mnie solidną rozgrzewkę i czas się zrobił ustawiać na start. Po dojściu do stref... zatkało mnie. Takiego ścisku nie widziałam jeszcze. Ludź przy ludziu, upchnięci jak sardynki w puszce. Trzeba było się dosłownie wpychać w tłum depcąc ludziom po nogach. Nie bardzo  byłam zdecydowana w którą strefę mam wejść-  były z góry poprzydzielane a ja niezbyt uważnie przeczytałam SMSa. A jak się już wepchnęłam i rozejrzałam po numerkach startowych sąsiadów, to dopiero  skojarzyłam że jednak wlazłam nie w swoją strefę tylko jedną dalej. Ale że wepchnęłam się w sam środek, to już mi się nie chciało wyłazić i drugi raz wpychać. Sobie pomyślałam : "a tam, pewnie będą biec moim tempem, najwyżej nie będą mnie wyprzedzać". I to był błąd.
W takim ścisku, dobre ustawienie się to  podejrzewam i z minuta mniej na czasie.
Na drugi raz będę mądrzejsza.
Start tradycyjnie zainicjował wystrzał z ORP Błyskawica równo o 23.59.
Zaczął się Nocny Bieg Świętojański, zaczęła się najdłuższa noc roku  i zaczęła się jego najpiękniejsza pora: lato!
Przed startem. Na pierwszym planie "Słoneczny Patrol" - BCT Team (biało-pomarańczowa koszulka). Nóżki rowerzysty. ;)
I zaczął się młyn. Linię startu przekroczyłam po 2 minutach i 48 sekundach i dosłownie utknęłam w próbującym biegnąć na ostrym zakręcie tłumie.
Początkowe kilkaset metrów to był świński truchcik i dosłowne rozpychanie się na łokcie. Trzeba było uważać żeby nie oberwać przypadkiem łokciem w twarz od wyższych biegaczy, uważać żeby nikt nie nadepnął na nogę, nikomu nie nadepnąć na nogę, nie poplątać się nogami z innymi biegaczami i... zwyczajnie nie dać się wywrócić. Po jakichś 300 metrach widziałam jak doszło do zderzenia biegaczy i ktoś przewrócił się i przeszorował nieprzyjemnie po asfalcie.
Pierwsze kilometry przeleciały mi na przepychaniu się do przodu. Obieganie, slalomowanie, rozpychanie się, od: "uwaga! przepraszam!"  zachrypłam prawie. Od odmachiwania w przeprosinach na  : "ej!, spóźnialska!" wykrzykiwane jak ludziom drogę zabiegałam tuż przed nosem, żeby jakoś się zmieścić po ich wyminięciu, prawie mi ręka odpadła. Był taki tłum, że właściwie nie wiedziałam gdzie jestem, tylko gąszcz ludzi biegnących obok za i przede mną. Urok wzrostu ratlerzego - musiałabym podskoczyć żeby się rozejrzeć i zorientować. A tak, to widziałam tylko asfalt i migające podeszwy współbiegaczy, ich plecy lub przepiękny Świętojański księżyc w pełni.
ASFALT! - nie pamiętam kiedy biegałam po asfalcie, jaki to jest jednak luksus w porównaniu do piachu po kostki i wertepach w lesie! Przyroda przyrodą, liście, świeże powietrze i te rzeczy, ale bieg po asfalcie to jednak TO! Ja chyba jestem niereformowalnym do szpiku kości miejskim szczurem, na wieki wieków amen.

Dopiero  gdzieś na wysokości hali targowej, wbiegłam w grupę biegnącą mniej więcej tym samym tempem co ja.
I mina mi zrzedła, bo właśnie gdzieś tam, wyprzedził mnie tak na oko 90cio letni biegacz.
W pięknym stylu i z przysłowiowym "palcem w nosie".
No cóż...
Ratler Świętojański.  Zd.: Puchaty
Po chwili depresji doszłam jednak do wniosku, że lepiej być wyprzedzoną przez żwawego 90cio latka, niż spędzić taką piękną  noc na siedzeniu na kanapie.
A już całkiem poprawili mi humor cudowni kibice jak zwykle ustawieni na około 4-5 km.  Krzyczący, klaskający. Do tego  bieg umilała mini kapela grająca tam od serca i z uśmiechem. Dzięki, to było naprawdę fajne!!! :-)

Przed Świętojańskim podbiegiem wiernie czekał mój Puchatek, z wodą. W sumie nawet nie chciało mi się pić, ale było mi tak potwornie, przeraźliwie, okropnie gorąco, że postanowiłam wykorzystać wodę do schłodzenia. Oblałam sobie głowę, kark, koszulkę a resztę  wyrzuciłam kulturalnie celując butelką w miejsce pomiędzy kibicami.
Puchatek twierdzi, że nie trafiłam.
To znaczy trafiłam.
W buty kibica.
Sorry.

I na tym etapie zaczęło wyłazić moje ogólne zmęczenie. Niby wbiegłam dobrze Świętojańską (bardzo motywował super doping z chodników!)  bo trzymałam tempo grupy a nawet wyprzedzałam, ale dłużył mi się ten podbieg niemiłosiernie i pod Urzędem Miasta miałam z lekka dość biegania.
W dół  ciężko mi się było rozpędzić, odzywający się gdzieś pod blokadą ibuprofenu ból kolana, straszył  wizją kontuzji i skracał krok. Pozbierałam się na bulwarze, przestałam myśleć o zmęczeniu bo zatchnęło mnie (jak zwykle zresztą nocą) piękno Gdyńskiej linii brzegowej. Światła Miasta z Morza odbijające się na tafli zatoki, dalekie lśnienie Półwyspu Helskiego . Gdynia nocą wygląda jak lśniąca diamentowa kolia rzucona na morski brzeg.

Na finisz trochę zbrakło sił. Coś tam niby wykrzesałam, ale na góra ostatnich 300 metrach zaledwie.
I tuż przed metą miałam nieprzyjemność oglądać kolejną wywrotkę biegacza.  Ktoś tam  się z kimś zaplątał i wystarczyło.
Na metę wpadłam z czasem netto prawie bliźniaczym do tego z Biegu Europejskiego: 00:55:41.

Medalik. :)
 I jestem i nie jestem zadowolona. Głowa mówi, że w tych warunkach i przy takim ogólnym zmęczeniu to czas dobry. Bo wsłuchując się w siebie przed biegiem, szacowałam na  56-7 minut albo i 58.
I to mówiła głowa, na zimno. No ale skoro już pobiegłam, to ambicja chciałaby lepiej. Najlepiej żeby było 54 z ogonkiem więc zgrzyt jest.
Na to odczyty z pulsometru  kwituje, że i tak było dobrze, bo pulsy z biegu jednak mówią o zmęczeniu. Niższe niż w Biegu Europejskim mimo gorąca, a jednak tempo utrzymane. Pulsy w BE oscylowały na poziomie 174/197 , a teraz przy takim samym czasie biegu i duuużo wyższej temepraturze : 170/186. Nie miało serce mocy wchodzić na wyższe obroty. Za mało spania, za dużo stresu.

Tak czy siak, to był fajny bieg.

A kot mówi, że w nocy to się śpi a nie lata jak potłuczona.
I czy pożyczę mu medal, bo dobrze w nim wygląda to by się poprzechadzał po balkonie.

3/4 koła GPX Gdyni 2013.