wtorek, 15 października 2013

Flauta.

W biegu! Spóźnieni, zagonieni, przytłoczeni obowiązkami do zrobienia na już, na wczoraj.
Ciągle szybko, szybko, jeszcze szybciej, więcej, mocniej, kolorowiej, głośniej!
Ten obłęd wkradł mi się niezauważenie w bieganie.
Moje, to zupełnie amatorskie człapanko dla przyjemności.
Szybciej, więcej, dalej. Czasy, pulsy, kilometrówki.

Im szybszy bieg tym więcej endorfin, pojawia się uczucie złudnego szczęścia.
Tylko rozpędzone serce się potem kołacze do późna w nocy. Głowa nie może się uspokoić i zasnąć. 

Dla siebie, dla swojego serca, dla możliwości  dania sobie luksusu  braku "musienia", postanowiłam się zatrzymać.
Niby jak zwykle założyć buty biegowe.
Ale inaczej niż zwykle pobiec sobie bez planu w głowie, bez zadania do wykonania, bez napięcia. Zatrzymać się, usiąść, rozejrzeć, zmienić trasę, poczłapać spacerkiem, zrobić zdjęcie, zagapić, pogadać z przygodnym przechodniem.
Ponapawać się skalą spokoju, zauroczyć gamą morskich szarości.
Założyłam więc Minimusy, zapakowałam się w samochód i pojechałam nad zatokę do Orłowa.
Nie zbiegłam, bo potem musiałabym znów rozpędzić serce na 5 kilometrowym podbiegu z plaży do domu.
Wszytko jest dla ludzi, więc i samochód dla biegacza się przydaje.

Na początek potruchtałam grzbietem Klifu Orłowskiego.



Kiedy miałam już serdecznie dość klifowych atrakcji, ciągłych zbiegów i podbiegów, przedzierania się przez krzaki, jak się już napatrzyłam na zatokę z góry do zawrotu głowy, zbiegłam na plażę. Odechciało mi się trochę tej całej przyrody, więc podbiegłam z plaży w miasto na wysokości Redłowa, żeby dać odpocząć nogom na  miejskich chodnikach i pogapić się na miasto.
Lubię biegać po Gdyni.
Trafiłam w spokojne nadbrzeżne osiedla i jak po sznurku wybiegłam na szczyt Kamiennej Góry.



Z Kamiennej Góry dużo schodów w dół, na bulwar i znów plażą do Orłowa.
Dzień był wyjątkowo spokojny, bez wiatru, trochę cienkich chmur. Wygaszone barwy, łagodne miękkie światło. Cisza. Spokój. Niebo, morze i piach. Skala szarości.  Gama faktur.
Zawsze mnie wzrusza cisza na morzu.
Flautą mnie morze przywitało, kiedy pierwszy raz stanęłam na plaży po przyjeździe do 3miasta.
Dojechałam na plażę jeszcze pierwszego dnia po przyjeździe, już po ciemku. Nie mogłam się doczekać tego spotkania. Weszłam z lasu na piach plaży... cisza.
Nie słyszałam fal, wiatru, nawet cichego plusku wody.
Szłam w ciemności i mgle, starając się mieć światła miasta za plecami. Nagle poczułam, że idę już w wodzie.
Morze przywitało mnie absolutnym spokojem. Jakby obiecywało, że tu mi będzie dobrze. Że to moje miejsce na ziemi , tu znajdę swój spokój, swój dom. Na słonym pasku ziemi o zapachu wodorostów, śledzia i kaszubskiego, żytniego chleba na zakwasie.


Spokój.


Cisza.


Nieśpieszność.

I tak leniwie, dotruchtałam sobie plażą do orłowskiego mola, odbiłam w stronę miasta zbrojącego się w proste kąty z metalu i szkła i dotruchtałam  do punktu wyjścia. Wróciłam samochodem do domu, a ze mną spokój morskiej flauty i uspokojone serce, przewietrzona głowa.

Spacerkiem linią wody się wlekąc,
pozdrawiam
Ratlerek wyciszony.

Kot nic nie mówi.  Zasnął.  Ciii...





niedziela, 13 października 2013

Uważaj na nogi! Czyli KARWINY BIEGAJĄ 2013 - 8km po lesie.

KARWINY BIEGAJĄ 2013, edycja druga.
Bieg po terenie TPK, 8 km.

"Uważaj na nogi i skup się trochę" chyba sobie wytatuuję na czole, po dzisiejszym biegu na gdyńskich Karwinach.
Podeszłam do tego biegu na luzie i z zadowoleniem.
Bieg prawie pod domem, po okolicznym lesie, pogoda do biegania idealna, w lesie sucho i pięknie.
No czy może być bardziej komfortowo?

Pakiet odebrałam po śniadaniu, spacerkiem do biura startowego sobie poczłapawszy pod rękę z Puchatkiem.
Zad z fotela podniosłam i założyłam buty do biegania raptem  40 minut przed startem, potruchtałam na start w ramach rozgrzewki, dotarłam na miejsce z zapasem.
Na luziku  załatwiłam sobie wór depozytowy, porozglądałam się, poszwendałam. Spokojna i nie zestresowana, żadnej nerwówki, marznięcia, histeryzowania, głodowania przed startem.
Starczyło mi nawet czasu żeby pokontemplowawszy liczne psy towarzyszące kibicom, postanowić nie migać się i porozciągać spokojnie w krzakach na wzór czworonożnych (jeszcze) przyjaciół Ratlera.
Przedstartowy Jogoratler z głową w dole.
Rozciągnięta i już z tego luksusu jogowania całkiem rozproszona, z jakiegoś powodu przesznurowałam sobie buty na luźniej i wszczęłam rozmowę z miłymi współbiegaczkami. Tak się zaaferowałam, że radośnie w depnęłam w psią bombę. Szlag by trafił cholerne psy!
Biec tak nie idzie bo obrzydliwie, intensywna akcja oczyszczania buta w trakcie a start już za momencik. Zanim się ogarnęłam to już wszyscy stali stłoczeni na starcie, więc wylądowałam gdzieś na szarym końcu. Wspólne odliczanie i start.
Ubiegłam nie wiem, z 200 metrów i nawet jeszcze się nie zaczęłam rozpędzać tylko w tłumie biegłam szybszym truchtem  i... wykopyrtnęłam się o własne łapy jak długa. Na równej drodze, ani w górę ani w dół. Nikt mnie nie popchnął, nie zabiegł drogi, nie było wertepów. Chyba zaczepiłam czubkiem buta o kamień? Nawet nie wiem co tam mogło być oprócz moich własnych nóg.
Życzliwi współbiegacze pozbierali mnie z gleby (WIELKIE dzięki za pomoc!), otrzepali z grubsza, upewnili się, że nic mi nie jest i pobiegłam dalej.
Ale para ze mnie zeszła mocno, bo i tak startowałam z końca stawki a teraz jeszcze masa osób przeleciała  zanim się pozbierałam.  Zła na siebie byłam okropnie, rozproszona już kompletnie, tylko się oglądałam czy już jestem ostatnia, czy może  ktoś tam za mną jeszcze się litościwie kolebie.
No ale biegniemy, sapiemy, dajemy. W lesie na trasie biegu Polska Złota jesień i kilka niespodzianek.
Po pierwsze okazało się, że nie umiem biegać z tłumem po lesie.
Na biegach ulicznych jest inaczej. Po prostu jest miejsce, nawet w ścisku można  w miarę komfortowo kluczyć między ludźmi, wyprzedzać nie  trwoniąc sił na bieganie po gorszej nawierzchni od wyprzedzanych.
Jakoś tego nie przemyślałam, że w lesie będzie dużo biegło się właściwie gęsiego bo spora część trasy prowadzić będzie wąskimi, jednoosobowymi ścieżkami. Więc albo biegnie się grzecznie gęsiego cudzym tempem, albo trzeba zbiec z twardego na piach i wertepy pod liśćmi i zarzynać się podwójnie  przy wyprzedzaniu.
Długo truchtałam jak ten dureń gęsiego, przeżywając wywiniętego orła zanim  przyszło mi do głowy, że albo wyjdę z szeregu, albo tak będę się kulać i użalać nad sobą bez sensu.

Druga niespodzianka to podbiegi wplanowane w trasę.
Niby wiem co oferuje TPK, ale jak je zaczęłam podbiegać, to mina zrzedła mi mooocno. Tej części lasu nie znam, ale aż takiego hardkoru się nie spodziewałam na osiedlowym biegu.
Ale bywało wesoło.
Na wyjątkowo ostrym podbiegu wszyscy zgodnie przeszliśmy do marszu, a sprytny biegacz sapiący za mną wystąpił z zapytaniem, czy nie mogłabym go wziąć na plecy bo się zmęczył.
Ooo, no człowieku, kto kogo?! Kiedyś to byli dżentelmeni, a teraz bierz chłopa na plecy kobieto?
W dodatku okazało się na zbiegach, że bez sensu sobie buty przed startem przesznurowałam, bo teraz jest za luźno i mi kłapają na nogach.
Nie zdecydowałam się zatrzymać i przesznurować na mocniej, to już bym mogła zawrócić i iść do domu po prostu. Jakoś dobiegłam w kłapiących butach i w sumie nawet fajnie było.
Trasa super, jakby się człowiek uparł, to by się na tych podbiegach zarżnął w trupa. Tego  niestety ciągle jakoś nie umiem, tylko biegam sobie mocno asekuracyjnie.
Pod koniec tak chyba już zdenerwowałam moją indolencją biegową towarzyszącego mi momentami na rowerze Puchatka, że podjechał i syknął za mną : "WYPRZEDŹ tą dziewczynę!!!" i się okazało, że mam całkiem z czego wziąć się w troki i docisnąć na dłuuugim całkiem finiszu.
Pod koniec takiego biegu przebiegniętego rzetelnie, to w sumie nie powinnam już mieć aż takiego zapasu.
Oj, trzeba się wziąć i nauczyć mobilizować a nie tak turlać tylko na 3/4.

Na mecie medalik i dopiero oględziny i "lizanie ran". Najgorzej, że ulubione spodenki biegowe porwałam na kolanie. Za parę dni nie będzie śladu na nodze po szlifie, a spodenek szkoda.

Pobiegłam to w czasie 00:46:46
OPEN K - 27
K40 - 5
Na razie nie wiem ile osób w ogóle biegło i jaki był udział  pań w mojej kategorii wiekowej, więc drżę sobie, że może byłam w niej ostatnia. Zapisanych było ponad 260 biegaczy. Zaskoczyło mnie, że aż tak dużo jak na taki lokalny bieg.  Fajnie, bo organizacja była  w porządku i wszytko szło zgodnie z rozpiską.
Bardzo miła impreza biegowa.
Medalik.
A kot zdegustowany. Mruczy pod nosem coś o bardzo niebezpiecznych konkurencjach sportowych i kto go będzie karmił jak sobie wszyscy w końcu kulasy połamią, albo i gorzej?!
I jeszcze o kimś, kto mi bardzo, bardzo zaimponował. Jako ostatnia, przybiegła dzielna mama biegaczka z dwójką naprawdę malutkich jeszcze dzieci. Przebiegła ona z dziećmi całą tą niełatwą i wcale nie krótką trasę. Dzieci towarzyszyły mamie biegaczce na maluśkich rowerkach.
Idę o zakład, że musiała na stromych podbiegach rowerki, a może i dzieci zwyczajnie wnosić. Jeden z podbiegów był IMO kompletnie poza zasięgiem tak malutkich dzieci,. A już nie ma mowy, żeby dziecko wtarabaniło pod niego swój rowerek. Samo musiałoby chyba wdrapywać się tam na czworakach.
Bardzo pani GRATULUJĘ! :-)


Są wyniki:
OPEN 132/180 (:/ błe, słabawo)
OPEN K - 27/50
K40 - 5/11

sobota, 12 października 2013

Jak kupić buty a nie oszaleć? W BIEGOSFERZE.

Zd. ze strony BIEGOSFERA.PL
Nienawidzę kupować butów!!!
Gorzej mi na samą myśl.
A niestety już pod koniec lipca zorientowałam się, że butów do biegania na zimę nie mam.

Ruszyłam więc na łowy.
Obejrzałam wszystko co stało w Decathlonie, GoSporcie, InterSporcie, sklepach firmowych Adidasa, Nike, Reeboka, Pumy itp.
Nic nie wzbudziło mojego entuzjazmu.
Gorzej!
Najmniej entuzjazmu wzbudziłam niestety ja w sklepowej obsłudze działów z butami.
To jest jakiś koszmar.
W gdyńskim InterSporcie obsługa histerycznie i dość skutecznie chowa się przed klientem jak najdalej  od działu w którym powinna być.
Jedyny sposób na przechwycenie kogoś z obsługi, to ukryć się między półkami, zaczaić, odczekać aż stracą czujność i znienacka wypaść na nich jak się pojawią, na tyle szybko, żeby nie zdążyli uciec.
Zresztą, szkoda zachodu na te wygibasy i tak: " nie wiedzą, nie znają się, nie mają czasu, zarobieni są". 

W Decathlonie  mają inną politykę: obsługa owszem tkwi na posterunku, odkłada, układa, kręci się, ale... zwyczajnie nie wie nic i jest zainteresowana głównie sama sobą i swoimi wewnątrzfirmowymi relacjami towarzyskimi.

W GoSporcie na dziale z butami waruje bardzo miły pan, który niezmordowanie gania do magazynu i przynosi każdą upatrzoną parę butów w 10 różnych rozmiarach i kolorach. Naprawdę się stara, żeby klient był zadowolony. Ale jak zaryzykowałam i zapytałam owego bardzo miłego pana ekspedienta o wysokość dropu w upatrzonej parze, to odniosłam wrażenie, że pierwszy raz słyszał to słowo i nie był pewien po jakiemu do niego gadam. Pytania o polecenie mi jakiejś pary butów z nurtu biegania naturalnego nie zaryzykowałam. Jeszcze by zadzwonił po mniej miłych panów z "przekroczeniówki" i by mnie deportowali gdziekolwiek.

Ruszyłam więc na podbój blogów, for, recenzji i sklepów internetowych.
Po burzy mózgów, wybór padł na Merelle Bare Acess ARC 2.
Wydawały się  idealne, więc zakupiłam parę w sklepie internetowym City Sport.
Buty fajne, ale niestety nie dla mnie, bo ich kształt i dziwne zawinięcie podeszwy na palce kompletnie nie korespondują z moimi stopami. No i inaczej je sobie wyobrażałam wnioskując ze zdjęć i opisów.Zakupy w oparciu o recenzje internautów niestety okazały się porażką.
Potwierdza się zasada, że buty trzeba mierzyć przed kupnem.
I tu wielkie  podziękowania dla cierpliwości i polityki sklepu City Sport. Kupione Merelle najpierw bez problemu wymieniłam na inny rozmiar,  potem bez problemu przyjęto zwrot.

Postanowiłam więc, nie kombinować więcej sama i zrobić to co powinnam od razu: zdać się na ostatnią deskę ratunku.
Pana Marcina Czaplę (kierownika sklepu) z Gdyńskiej BIEGOSFERY.
I to był strzał w 10tkę!
Ledwo wtoczyłam się do BIEGOSFERY i zamiast "dzień dobry" wymamrotałam oględnie, że "potrzebuję butów na zimę", zostałam rozpoznana (!?) i z miejsca  obsłużona w tempie zawrotnym.

Pan Marcin najpierw przegonił innego sprzedawcę,  wykrzykując z oburzeniem na jego propozycję  butów: "ta pani biega w Minimusach!", a potem  sięgnął na półkę i wręczył mi parę butów z tekstem : "to buty dla pani".
I to były buty jakich właśnie szukałam.
4mm dropu, bieżnik na lekki teren ucywilizowanych szlaków TPK, dość gumy pod stopą żeby niwelować zimowe wertepy i twarde podłoże, ale buty wciąż lekkie i nie przekombinowane.
Oczywiście, że obejrzałam inne.
Ale te pierwsze, wybrane przez pana Marcina to były właśnie takie buty jakich szukałam, a nawet jednego zdania nie  wyartykułowałam na temat jakich to właściwie butów bym chciała.
Normalnie aż się wzruszyłam.

Brooks Pure Grit
Bardzo polecam ten sklep, zwłaszcza osobom początkującym.
Obsługa jest rewelacyjna, kontaktowa, można  pytać, gadać, naprzykrzać się, stękać, kwękać, nudzić.
W sklepie jest bieżnia i można zbadać typ stopy, lub tylko przetruchtać się w butach, które planujemy kupić.
Bardzo pomocne przy podejmowaniu decyzji o kupnie.
Przede wszystkim, w BIEGOSFERZE pracują pasjonaci. Oni nie tylko  sprzedają akcesoria do biegania, oni sami biegają, żyją tym, interesują się, znają, szanują odmienne  poglądy.
Pan Marcin nie jest fanem (lekko powiedziane) butów mini ale skoro sobie ubrdałam, że w takich właśnie mam kaprys biegać, to zwyczajnie bez wciskania mi swoich poglądów pomaga mi  za każdym razem wybrać buty jak najlepsze dla mnie.

Chyba zwyczajnie tak po ludzku, w BIEGOSFERZE lubią i szanują swoich klientów. Nikt się nie chowa między półkami, nikt nie udaje ślepego i głuchego, nikt nie wytrzeszcza oczu na sugestię, że jednak buty do biegania mają także inne cechy niż kolor czy podział na damskie/męskie, tąńsze/droższe.
Wiec ja, klient Ratlerek, uwielbiam, kocham i szczerze polecam ten sklep.

W nowych butach kłusując,
pozdrawiam!
Ratlerek

A kot mówi, że chyba dał się namówić na kupno butów i też pójdzie do Biegosfery.
Będzie kot w butach.




niedziela, 29 września 2013

Gorąca dynia i zielona jesień.

Jeszcze zielono, ale w trawie już muchomory.
Już od paru tygodni starałam się nie zauważać w warzywniaku pięknych , pękatych "słoneczek" dobitnie świadczących, że to już koniec lata . Uparcie nosiłam się jeszcze po letniemu. Zajadle szczękałam z zimna zębami ale broniłam ostatnich bastionów lata: krótkich spodenek do biegania, cienkich rajstop do spódnic i krótkich, cienkich kurteczek mających się do panujących temepratur jak pięść do nosa.Niestety, nie da się zakląć rzeczywistości i zatrzymać lata, trzeba się zmierzyć z pierwszą biegową jesienią, choć słońce jeszcze mami złudnym ciepłem.
Rozpoczęłam te przymiarki po ostatnim długim wybieganiu, od kupna wściekle pomarańczowej dyni i wykopalisk w szafie.
Wytropiłam geterki z długimi nogawkami, bluzy termoaktywne z długimi rękawami, komplet termoaktywnej bielizny, rękawiczki, buffy, czapkę. Niestety nie niewidkę.
I podśpiewując sobie smętnie jesienne standardy, że:
jesień idzie, nie ma na to rady...
oraz że :
ludzie znają mnie tylko z jednej, jesiennej strony...
Wszczęłam poszukiwania i próby zakupienia obuwia biegowego na zimę.
Kiepsko mi idzie. Może do wiosny coś kupię i nie będzie to: za małe, za duże, niewygodne, nie takie, nie śmakie, po prostu będzie to dobre dla mnie do biegania w tym.

Krasnoludek stwierdził że jest niefotogeniczny
Na razie staram się ogarnąć sytuację.
Przystosować znów do biegania po ciemku w tygodniu. Wcześniejszego chodzenia spać. Jakoś im zimniej, tym więcej snu potrzebuję żeby normalnie funkcjonować i mieć siłę do biegania.
Potrzebuję też więcej jedzenia, chyba żeby wytworzyć "kołdrę" na zimę, która uchroni mnie przed zamarznięciem żywcem na naszym  szałowym basenie (tak, znów zapisałam się na zimę na basen.) I nie, nie boję się dodatkowych ze 2 kg na zimę. Bo wiem, że bez nich całą zimę przechoruję, a tak wiosną same  znikną jak tylko zacznie się sałata.
Więc gotuję jesienne już smakołyki  i jem(y) z zapałem.

Korzystając z czasu podczas  długich wybiegań, ułożyłam sobie plan ogólny biegania do wiosny, bo coś widzę, że w plany szczegółowe nie mam serca się  pchać a chciałoby się półmaraton jakoś wiosną, wczesnym latem przekłusować.
Bogatsza w bolesne doświadczenia z nie przebieganego lata i parę porad wyczytanych w książkach i na forum, postanowiłam postawić na... stoicki spokój.

Biegi ścieżką przy jeżynach. Słaby pomysł.
Cotygodniowe dłuższe wybiegania na możliwie niskim tętnie.
Bez chojraczenia na kilometrażówce czy czasie biegu.
Do tego  podbiegi. Dużo podbiegów bo coraz bardziej lubię.
I czasami przebieżki. Choć przebieżki mi idą jak krew z nosa, ostatnio coraz częściej oszukuję sama siebie i przebieżki niby robię, ale pod górę.
Ale w sumie przebieżka pod górę to ciągle (chyba?) przebieżka i co z tego że podbieg?
Podbiegi mi dobrze robią, zwłaszcza na głowę.
Raz na jakiś czas krótszy, szybszy bieg albo jakiś start.
Może nawet w końcu dotrę na  ParkRun.
No i taki to wielki plan.

A co z dynią? To samo co z bieganiem.
Pierwszy jesienny sezon jedzenia dyni w moim domu.
Niby jesteśmy wszystkożerni, ale na potrawy z dyni jakoś rodziny namówić nie mogłam.  Nie i już.
Z pomocą przyszedł imbir. Zupa z dyni, optymistycznie pomarańczowa, doprawiona dużą ilością imbiru, cynamonu, kardamonu, chili i pieprzu... została pochłonięta bez kwękania.
Trudno się oprzeć takiemu rozgrzewającemu miksowi  smaków i aromatów jak za oknem jesienny wiatr, ziąb i popaduje a się akurat wróciło z wyrobionych kilometrów. Bez względu czy  przemierzało się kilometry na 2 kółkach czy w biegowych butach.
Dynia i ogień ostrych przypraw okazały się  prawdziwym balsamem na zmęczenie i jesienny ziąb wdarty aż do szpiku kości.
Ostry krem z dyni  z korzennymi przyprawami i kolendrą.
Poszłam więc za ciosem. Curry z dyni  z krewetkami i łososiem Nigelli Lawson.  Niebo, a właściwie słońce w gębie.
I świetna  potrawa na porę roku siejącą pierwszym rzutem przeziębień. Zwłaszcza w komplecie z sałatką z natki pietruszki, też Nigelli. Kurkuma, tłuszcz kokosowy, natka. Jak znalazł zestaw silnie przeciwzapalny, bakteriobójczy + masa witaminy C . Przeciwko kontuzjom, przeciwko mikrobom, rozgrzewające i jakże optymistyczne w kolorze.

Curry  z dyni na mleku kokosowym, z krewetkami i łososiem.

Truchcikiem pozdrawiam
Ratlerek.

A kot mówi, że on nie pochłaniał za to kwękał i czy w związku z tym to ON się już nie liczy?
A ja mu odpowiadam parafrazą, że owszem liczy się, ale w tym względzie, liczy się w sensie negatywnym.

Jesień jesienią, ale na szosie szał i aż nie wiadomo na co patrzeć. Wyścig na wyścigu, widowisko na widowisku.  Mistrzostwa świata takie i owakie, aż zeza chyba dostałam.
Kwiatek ze złotym medalem mistrza świata w MŚ jazdy drużynowej na czas!
Cudowne występy niemieckiej SuperMaszyny: Panzerwagen wkurzony  brakiem zwycięstwa w czasówce zaszalał w Vuelta a Espana, odbił sobie złotem na MŚ drużynowej jazdy na czas i poprawił złotem w MŚ jazdy indywidualnej na czas. No maszyna nie człowiek.
Ale najbardziej cieszącym akcentem końca lata była pierwsza edycja CykloGdynia i występ mojego domowego szoszona. Kibicowałam mało nie pękłam.

Zd. Szymon Gruchalski/cyklogdynia.pl




niedziela, 15 września 2013

10km. 51 Bieg WESTERPLATTE. GDAŃSK

51 Bieg Westerplatte w Gdańsku jest najstarszym biegiem ulicznym w Polsce.
Czułam prawdziwy zaszczyt, mogąc w nim uczestniczyć.
Niestety, był dla mnie biegiem mało satysfakcjonującym.
Z jednej strony jestem zadowolona, poprawiłam swój czas na 10km o prawie 1 minutę.
Czas netto 00:54:41
Open: 1747/2816
K open 242/ 716
K 40 33/104
A z drugiej strony, jestem okropnie z siebie niezadowolona bo wiem, że "przegrałam" ten bieg już przed startem. Na własne życzenie tylko i wyłącznie w wyniku własnej niefrasobliwości.

Ale od początku.
Bieg rozpoczynał się wprawdzie o godzinie 11 ale  wstać planowałam już o 6.40 żeby na spokojnie zjeść śniadanie, przygotować się i wyjechać z domu o 8.30.
Z zapasem czasu dotrzeć na Plac Węglowy w Gdańsku, przesiąść się na spokojnie do podstawionych tam dla biegaczy autobusów i dojechać  na Westerplatte trochę po 10tej. Żeby się rozejrzeć, rozgrzać i wystartować.
Autobusy na Placu Węglowym czekające na biegaczy. :-)
Niby proste.
Niestety  zaspałam, spanikowałam, w ostatniej chwili zmieniałam plany dojazdowe.
Śniadanie z nerwów i niewyspania zjadam tylko do połowy. Zapomniałam worka na depozyt, więc zdecydowałam się nie brać ze sobą  do autobusu żadnych dodatkowych ubrań poza tym w czym planowałam biec.
Ogólna panika, że nie zdążę zaowocowała tym, że na Westerplatte byłam już nie wiadomo po co chwilę po godzinie 9. Poznałam po drodze i już na miejscu kilkoro biegaczy, ale to choć miłe, nie zmieniało mojej sytuacji. Miałam 2 godziny do startu: za cienko ubrana, niedojedzona, niewyspana i z brakiem koncepcji, co by tu ze sobą zrobić do godziny: 11.12.
Organizatorzy biegu popisali się fantastyczną precyzją. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Natomiast ja się popisałam skrajnym brakiem organizacji i umiejętności przewidywania czegokolwiek.
Skulona na ławce po daszkiem osłaniającym trochę od wiatru, jakoś dotrwałam do czasu w którym, było sens zacząć rozgrzewkę czyli w końcu przestać trząść się i szczękać zębami z zimna.
Pierwszy raz odrobiłam rozgrzewkę sumiennie, ze wszystkimi zaplanowanymi elementami i nawet rozciąganiem.
Przy okazji spotkałam w tłumie biegaczy znajomych. Bardzo sympatyczną i bardzo usportowioną parę rowerzysto-biegaczy. Pozdrawiam!!! :-)
Trasa 51 Biegu Westerplatte.

Sam start z Westerplatte był dość nijaki. Bieg zaczyna się gdzie indziej niż meta i w związku z tym nie ma kibiców, imprezy, całej tej smakowitej otoczki przedstartowej "biegowego święta", bo całe szoł odbywa się na mecie na Placu Węglowym.
Ot, przyszedł czas to się stłoczyliśmy, coś gdzieś huknęło. Tradycyjnie my "strzały i błyskawice północy" z czasami koło 50-60 minut postaliśmy, postaliśmy, potem doczłapaliśmy do bramy startowej i dopiero mogliśmy zacząć truchtać.

Biegło mi się na początku bardzo dobrze. Porządna rozgrzewka zrobiła swoje. Nie było za dużego ścisku, trasa była wygodna,  nie znałam jej więc biegło mi się  swobodnie bez  obciążenia, że "jeszcze tyle do przebiegnięcia" za to ze sporą ciekawością, którędy będę biec. Dodatkowo bardzo mnie motywował fakt, że cały czas wyprzedzałam współbiegaczy.  Byłam naprawdę dobrej myśli.
Ta sielanka trwała do wodopoju na 5 kilometrze. Złapałam butelkę i chciałam podbiec do znajomej którą wypatrzyłam jak  brała wodę i ... straciłam moc.
Nie byłam zmęczona, zdyszana, nie miałam ciężkich nóg. W dodatku byliśmy na szczycie niewielkiego podbiegu i zrobiło się z górki. Po prostu zebrałam konsekwencje ostatnich 2 tygodni: niedospania, niedojedzenia, niebiegania regularnego i wyjątkowo intensywnego stresu.
Niby wszytko było dobrze, a nie miałam z czego biec.
Tym bardziej bolesne, że na ogół to właśnie na 3-5 km rozkręcam się. Rozbieguję się, wpadam w rytm, samo się biegnie tak przynajmniej do 8km.
Jakoś się ogarnęłam, zmobilizowałam, z trudem ale wróciłam do rytmu biegu. Ale wiedziałam, że swój bieg właśnie przegrałam sama ze sobą.
Na szczęście wbiegliśmy w miasto, gdzie pojawili się kibice. To naprawdę bardzo pomaga i mobilizuje.
Zwyczajnie wstyd jest odpuścić.

Jakoś się kulałam, choć skończyło się harcowanie a zaczęła walka o utrzymanie z grupą.
Ostatni odcinek trasy prowadził po Gdańskim bruku.
Jakby mało było mi nieszczęść, to dodatkowo jakieś 2 km przed metą nieuważnie stąpnęłam na śliski pochyły krawężnik i obsunęła mi się z niego noga, bardzo boleśnie się wykręcając.
Ale wrzasnęłam sobie w duchu kilka razy przy kilku pierwszych krokach kultowe powiedzenie jednego z moich kolarskich ulubieńców Jensa Voigta: "Shut Up Legs!" i podyrdałam jakoś dalej.
Zresztą jak wiadomo każdy ratler ma 4 kończyny dolne, to jedna sprawna mniej, nie robi w tej liczbie większej różnicy.
Mimo tych wszystkich Ratlerzych nieszczęść, zachowałam trochę optymizmu. Jak widać na zdjęciu, wypatrzona i okrzyknięta przez 1/4  część Teamu Bez Kota jakieś 600 m przed metą prezentowałam się całkiem radośnie, co nawet o dziwo zyskało odbicie w tempie końcówki. Ostatnie  +/- 100 metrów zrobiłam z oszałamiającą jak na mnie prędkością koło 4.30.
Oczywiście wolałabym biegać w takim tempie całe 10km jak "normalny człowiek" ale, że to mi nie grozi, no to jak się nie ma co się lubi, to się ma chociaż te ostatnie 100 m.

A na mecie- szoł!
Wspaniale zorganizowana impreza. Masa kibiców, czirliderki, telebim na którym kibice mogli śledzić bieg, występy, konkursy, masa biegaczy upchnięta za metą ciasno jak sardynki w puszcze, dla każdego biegacza medal, woda, izotonik.
Fajna impreza jednym słowem.
Po zdjęciach z mety widać, że przekrój startujących był naprawdę imponujący.
W pierwszej kolejności na metę wjechała  "metalowa husaria" na swoich biegowych maszynach, puszczona ze startu trochę wcześniej .
Pierwsze miejsce w stawce głównej wiadomo- Kenijczyk. Henry Kemboi z czasem: 00:30:16.


Michał Czapiński z BCT TEAM wybiegał 19 miejsce w kategorii Open z czasem 00:33:14 !  Gratulacje!
Za drugim reprezentantem  BCT TEAM Andrzejem Gużem (37:41) gnała jak gazela nieduża blondyneczka w turkusowej koszulce, zwyciężczyni w kategorii kobiet biegu na 5 km "Prześcignę raka 2013"


Biegli też Żwirek, Muchomorek i Szuwarek. Panowie też chyba zaspali, ale w przeciwieństwie do zaspanego Ratlera, dobiegli w dobrych humorach.
Na mecie było tak fajnie, że następnym razem chyba sobie pokibicuję zamiast się wysilać. Tym bardziej, że bieg można sobie pooglądać na telebimie zamontowanym na budynku Opery Bałtyckiej. ;)


Medalik, jedyna wtopa organizatorów jaką zanotowałam. Paskudny jest niewyobrażalnie.


A kot mówi, że dobrze, że został domu pilnować jak zwykle, bo go od samego oglądania zdjęć z biegania nogi bolą i nawet czirliderki mu na to nie pomagają. No może trochę.


 *zdjęcia w tym wpisie: Puchaty ,Ratler

niedziela, 18 sierpnia 2013

Może morze, może plaża. A może rower.

Jak nie na 2 nogach, to na 2 kołach.
"Chcesz rozśmieszyć Boga? Powiedz mu o swoich planach."

W planach na lato 2013 miałam: biegać, biegać, biegać.
Miałam w planie zabiegać się do upadłego.
I owszem się nabiegałam. Po rehabilitantach z lewą nogą.

Ale już jest lepiej, po prawie 2 miesiącach kulania się na 1 nodze lub w ogóle przerwach w bieganiu, powoli wracam do regularnych biegów.
Noga prawie nie dokucza,"gęsia stopa" ucichła, jakieś drobne pozostałości jeszcze chłodzą głowę, ale chyba już będzie dobrze.
Pierwsze przebieżki odrobione i wczoraj pierwsze długie wybieganie od "samaniepamiętamkiedy" a noga w sumie nic na to.

No i "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" jak już przy przysłowiach jestem.
Pierwszym efektem ubocznym biegowej niedyspozycji jest spory komplet dedykownych  specjalnie dla mnie ćwiczeń siłowych. Widzę że działają, bo mimo przerwy w bieganiu czuję że nogi są mocniejsze. I o dziwo, przestałam uderzać kolanem o kolano podczas biegu. CUD! ;-)


Drugi efekt uboczny- przeproszenie się z rowerem. 
Oswoiłam na 2 kółkach trochę nowych ścieżek do biegania, Ścieżek wyjątkowej urody. 
Na niektórych czułam się jak Mary w Tajemniczym Ogrodzie. 
Kilka innych wykluczyłam z powodu tragicznego podłoża.
Nie wiem kto wymyślił, żeby leśne trakty wysypywać takim okropnym tłuczniem jak na 2gim zdjęciu poniżej. Ani po tym chodzić, ani biegać, rowerem też mało komfortowo.
Już widzę swoją minę, jakbym na to okropieństwo wbiegła w Minimusach.


I chyba dzięki obserwacji pulsów z jazdy na rowerze, ułożyłam sobie coś w głowie i w końcu wykonałam wczoraj długie wybieganie z jakimś sensem.
15 km, spokojnym tempem, bez pędzenia i popadania w histerię, że wszyscy biegają szybciej. Bez kaca moralnego na koniec, że "mogłam/powinnam szybciej"
Tętno średnie 155, ciągle za wysoko ale biorąc pod uwagę, że było okropnie duszno i gorąco to nie jest źle bo w chłodniejszej temperaturze pewnie byłoby niżej 150. Następne będzie  lepsze.

Nadmiar wolnego czasu (pobożne życzenia) z powodu niemożliwości trwonienia go na bieganie, zaowocował istnym wytarzaniem się w innych życiowych przyjemnościach. Naczytałam się.  Dzięki wątkowi czytelniczemu na Bieganie.pl sięgnęłam po "Wiele demonów" Pilcha i zostałam olśniona. Uwiódł mnie realizm magiczny Sigły. Zatęskniłam za "Sklepami Cynamonowymi", Marquezem, Bułhakowem, odkopałam z dna półek i odświeżyłam  jednym okiem w międzyczasie "Flet z mandragory" Łysiaka.
Do kompletu powylegiwałam się na plaży.

Gdynia a jak na Bahama ;-), tylko brzozy zamiast palm i raptem 4 km do domu. W klapkach na rowerku da radę.
Nie takie to lato stracone. Tylko urlopu brak.

Truchcikiem bieżę pozdrowić,
Ratlerek

A kot mówi, że on tą kotkę od Łysiaka to zna osobiście. 
Cioteczna siostra, stryja dziadka Łatka z babki Mruczki strony. 
I  oni wszyscy tacy czarno-biali. 
A on jest jak twierdzi, w prostej linii po mieczu, od praprapradziadka Behemota, dlatego czarny bez skazy.

Biorąc pod uwagę skalę żarłoczności tego stworzenia, jestem w stanie w to uwierzyć. :/

A niebiegowo
Na wczorajszym 6 tym etapie Eneco Tour, Maciej Paterski 3ci.

Zd.: s24.pl/Dariusz Krzywański
Ale nie to jest smaczkiem, tylko to w jakim stylu.
Długa ucieczka i cudem uniknięte łykniecie przez peleton tuż, tuż przed samą metą. Dosłownie na ostatnich metrach. Uciekinierzy na metę wjechali z peletonem na tyłkach. Nie wiem jak im się udało, byłam pewna, że już 300 metrów przed metą  nie dadzą rady uniknąć łyknięcia przez peleton.
Dali. Piękne widowisko.