wtorek, 15 października 2013

Flauta.

W biegu! Spóźnieni, zagonieni, przytłoczeni obowiązkami do zrobienia na już, na wczoraj.
Ciągle szybko, szybko, jeszcze szybciej, więcej, mocniej, kolorowiej, głośniej!
Ten obłęd wkradł mi się niezauważenie w bieganie.
Moje, to zupełnie amatorskie człapanko dla przyjemności.
Szybciej, więcej, dalej. Czasy, pulsy, kilometrówki.

Im szybszy bieg tym więcej endorfin, pojawia się uczucie złudnego szczęścia.
Tylko rozpędzone serce się potem kołacze do późna w nocy. Głowa nie może się uspokoić i zasnąć. 

Dla siebie, dla swojego serca, dla możliwości  dania sobie luksusu  braku "musienia", postanowiłam się zatrzymać.
Niby jak zwykle założyć buty biegowe.
Ale inaczej niż zwykle pobiec sobie bez planu w głowie, bez zadania do wykonania, bez napięcia. Zatrzymać się, usiąść, rozejrzeć, zmienić trasę, poczłapać spacerkiem, zrobić zdjęcie, zagapić, pogadać z przygodnym przechodniem.
Ponapawać się skalą spokoju, zauroczyć gamą morskich szarości.
Założyłam więc Minimusy, zapakowałam się w samochód i pojechałam nad zatokę do Orłowa.
Nie zbiegłam, bo potem musiałabym znów rozpędzić serce na 5 kilometrowym podbiegu z plaży do domu.
Wszytko jest dla ludzi, więc i samochód dla biegacza się przydaje.

Na początek potruchtałam grzbietem Klifu Orłowskiego.



Kiedy miałam już serdecznie dość klifowych atrakcji, ciągłych zbiegów i podbiegów, przedzierania się przez krzaki, jak się już napatrzyłam na zatokę z góry do zawrotu głowy, zbiegłam na plażę. Odechciało mi się trochę tej całej przyrody, więc podbiegłam z plaży w miasto na wysokości Redłowa, żeby dać odpocząć nogom na  miejskich chodnikach i pogapić się na miasto.
Lubię biegać po Gdyni.
Trafiłam w spokojne nadbrzeżne osiedla i jak po sznurku wybiegłam na szczyt Kamiennej Góry.



Z Kamiennej Góry dużo schodów w dół, na bulwar i znów plażą do Orłowa.
Dzień był wyjątkowo spokojny, bez wiatru, trochę cienkich chmur. Wygaszone barwy, łagodne miękkie światło. Cisza. Spokój. Niebo, morze i piach. Skala szarości.  Gama faktur.
Zawsze mnie wzrusza cisza na morzu.
Flautą mnie morze przywitało, kiedy pierwszy raz stanęłam na plaży po przyjeździe do 3miasta.
Dojechałam na plażę jeszcze pierwszego dnia po przyjeździe, już po ciemku. Nie mogłam się doczekać tego spotkania. Weszłam z lasu na piach plaży... cisza.
Nie słyszałam fal, wiatru, nawet cichego plusku wody.
Szłam w ciemności i mgle, starając się mieć światła miasta za plecami. Nagle poczułam, że idę już w wodzie.
Morze przywitało mnie absolutnym spokojem. Jakby obiecywało, że tu mi będzie dobrze. Że to moje miejsce na ziemi , tu znajdę swój spokój, swój dom. Na słonym pasku ziemi o zapachu wodorostów, śledzia i kaszubskiego, żytniego chleba na zakwasie.


Spokój.


Cisza.


Nieśpieszność.

I tak leniwie, dotruchtałam sobie plażą do orłowskiego mola, odbiłam w stronę miasta zbrojącego się w proste kąty z metalu i szkła i dotruchtałam  do punktu wyjścia. Wróciłam samochodem do domu, a ze mną spokój morskiej flauty i uspokojone serce, przewietrzona głowa.

Spacerkiem linią wody się wlekąc,
pozdrawiam
Ratlerek wyciszony.

Kot nic nie mówi.  Zasnął.  Ciii...





7 komentarzy:

  1. Bardzo słuszna idea wyciszenia. Ja dość często mam potrzebę pobiegania sobie ot tak po prostu - a nie że przebieżki, interwały i bukwieco. Nie zabieram wtedy garmina, tylko audiobook w uszy i już. Dobrze robi na duszę :-).

    OdpowiedzUsuń
  2. czym pstrykasz fotki i gdzie "to" trzymasz podczas biegu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komórką Samsung Young, ale nie polecam jej do robienia zdjęć.
      Ale aparat ma fatalny. Wiele zdjęć jest do wywalenia bo linia horyzontu faluje! Dużo zdjęć jest nieostrych, za ciemnych, za kontrastowych, przepalonych.
      Zdjęcia "jako takie" przepuszczam przez ostrego fotoshopa. :)
      A mimo to widać jak różne są kolorystycznie, choć robione w tych samych warunkach, więc kolorystyka powinna być na 1 poziomie a nie że jedno fioletowe, drugie szare a trzecie zielonkawe. :/

      Trzymam w kieszonce obcisłych spodenek, jak akurat mam takie z kieszonką z tyłu.

      Usuń
  3. Kieszonkę i ja posiadam, tylko szkoda mi się zatrzymywać, wyjmować i tracić czas. Ciagle jeszcze bawię się endomondo jak wracam i analizuję swoje postępy. Hmmmm, narciarze mają na kaskach więc może i biegacze się doczekają

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie jest wielkim zaskoczeniem, że przy takim boomie na bieganie i blogowanie i tak rozwiniętej technice miniaturyzacji wszystkiego, nie wypuszczono jakiegoś mini aparaciuku do zakładania na dłoń.
      Coś w kształcie grubszego długopisu z gumką.
      Przecież nie potrzebujemy mega jakości, ot wystarczy taka żeby sobie fotkę cyknąć i na feja czy blogaska wrzucić. I tyle.

      Tyle, ze pracujący nad gadżetami dla biegaczy, chyba nie wychodzą poza laboratoria i stoły kreślarskie. :/

      Prędzej się doczekamy nakazu biegania w kaskach, coś tak czuję.


      Usuń
  4. Osobiście już od kilku lat uprawiam sport dla czystej przyjemności i bez wyznaczania ścisłych celów treningowych - liczy się dla mnie jedynie regularność. Już dawno odrzuciłem plany startowe, a mój pulsometr leży schowany na dnie szuflady. Przyznam się szczerze, że używam czasami aplikacji Strava (również posiadam Samsung Young :D), ale wynika to bardziej z ciekawości odnośnie nowinek technologicznych - nie odczuwam potrzeby analizowania danych.

    Życzę więcej chwil wyciszenia i relaksu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-). Ciągle jestem uzależniona od analizowania biegów i zamartwiania się wynikami. Jakby było co analizować i czym się zamartwiać.
      Chyba taki nałóg początkujących.
      Ale coraz częściej po prostu włączam Garmina a potem wyłączam po biegu.
      Na razie uwolniłam się od ciągłego zerkania na niego, a chodzi mi też po głowie dziki plan, zakładania go na starty tarczą do skóry.
      Niech sobie zapisuje, ale w głowie nie mąci.

      Usuń