piątek, 12 maja 2017

9-10 maja 2017

A myślałam, że śnieg w kwietniu to koniec świata.


Czekając na wiosnę, pozdrawiam.
R.

Kot w milczeniu, wygrzewa futro przy kaloryferze.

środa, 10 maja 2017

Bieszczady 2017 (29.04 - 07.05.2017)

Bieszczady tej wiosny,
miały zaskakująco przykry smak chininy z błotem.

Nie żeby z Bieszczadami było coś nie tak.
Ot, życie.


Refleksyjnie pozdrawiam,
Ratlerek 45

Kot mądrala
 jak zwykle został pilnować domu.

Dziewczyny z fitnesu.


Stoję na sali 5 minut przed zajęciami, rozglądam się po "dziewczynach z fitnessu".
Pełna sala bab, gwar jak na jarmarku. Śmiechy, szepty, ploty na cały głos, wymiana informacji o wszystkim (i wszystkich) .
Zerkam  kto się ustawił obok mnie.

1.
Moja "konkurentka".
Szczupła, piękna dziewczyna o figurze klepsydry, której jej zazdroszczę aż zgrzytam zębami. 
Żadna się nie przyzna, ale trochę ze sobą rywalizujemy.
Jesteśmy w podobnym wieku, podobnie silne, ale nasza siła rozkłada się zupełnie inaczej.
Ja więcej dźwignę w martwym, ona mnie osłabia tym ile bierze na przysiady.
Ta kobieta chyba ma stal w udach a nie mięśnie.
Ja lepiej znoszę długie cardio (się biegało nie? ;) ), ona mnie zagina dynamiką.
Jedna zerka na drugą , napędzamy się, gonimy.
Czasami pogadamy o babskich troskach.
Lubi sobie ponarzekać na synów.
Najstarszy prawie pełnoletni, "nie będzie fikał z babami"   przychodzi do klubu z mamą, ale idzie na siłownię.

2.
Nadal nie wiem jak ma na imię. Cicha, nieśmiała, drobna dziewczyna.
Na głowie szalone loki, świetliste oczy i wrażliwa, mądra twarz.
Karnie stawia się na każde zajęcia. Nie przepuści.
Od początku kojarzy mi się z  "Mamą Borejko".
Dziś cała  uśmiechnięta, nawet się rozgadała jak nie ona: opowiada, że wyjdzie 10 minut wcześniej z zajęć bo przyjeżdżają dzieci z wnukami. Chce zdążyć ogarnąć się, włosy ułożyć a nie "taka spocona" ich przyjmować.

3.
To się chyba nazywa "rycząca 50tka"
Goły brzuszek i oględnie mówiąc, bardzo kobiece kształty.
Burza blond włosów i wieczne spóźnianie się na wszytko.
Jak się ustawiamy na sali, to od razu przygotowujemy dla niej miejscówkę.
Na bank wpadnie za 10-15 minut. Spóźnialska, ale wystarczy że się uśmiechnie i po problemie. Jakby ktoś słońce na sali zapalił.
Nie wygląda, ale jak już złapie za ciężary, nie ma mocnych.
W wyciskaniu z chichotem wymiata większość panów.
Widzieć wtedy ich miny.... bezcenne.

4.
Młoda.
Ona nie przychodzi do klubu, ona w nim już chyba mieszka.
Ponoć pracuje, ponoć coś studiuje. Ale kiedy?
Nie wiem. Bo jak jej nie ma na zajęciach grupowych, to jest na siłowni, jak jej nie ma na siłowni to  zadeptuje bieżnię, jak ją wygonią z bieżni, to idzie na cycling.
A jak już sam nie wie co jeszcze ze sobą zrobić, to bierze matę i idzie robić brzuchy.

Cała reszta, pełna sala, każda inna. Młodsze i starsze, grubsze i chudsze.
Takie które są tu "od zawsze" i te co są po raz pierwszy, piąty, od czasu do czasu.
Oto my: dziewczyny z fitnessu.
Po przekroczeniu progu klubu zostawiamy wiek, zmarszczki, powagę, codzienne troski i dzielące nas różnice  za drzwiami.
Zakładamy kolorowe legginsy, sportowe buty i obcisłe koszulki  i na ten krótki czas, wszystkie jesteśmy "dziewczynami z fitnessu".
Bo dziewczyna z fitnessu, to dziewczyna z fitnessu, nawet jeśli ma już wnuki.

Pozdrawiam i zapraszam,
Ratlerek.

Kot milczy dyplomatycznie.
Boi się że zapytam, kto zjadł zdjęcia dziewczyn z fitnessu.



wtorek, 27 stycznia 2015

Olśnienie!

Ubranko w kolorach... adekwatnych. 
Bo ja, to pochodzę od krasnoludów.

Tak mnie olśniło, jak po miłej przebieżce zasiadłam sobie na kanapie, żeby po raz około 584 spędzić trochę czasu w towarzystwie Drużyny Pierścienia.
Chyba każdy biegacz (czy tam już nie wnikajmy litościwie- przebieracz nogami  w butach do biegania) zawiesza oko na scenie w której Aragorn, Legolas i Gimli , rączym kłusem przez 3 doby bez przerwy ścigają oddział orków.

No więc zawiesiłam i tak patrzę, patrzę, analizuję ten ultramaraton w wykonaniu 5 ras.
Po prawdzie to 4, bo hobbici byli niesieni przez orków, więc chyba się nie liczą w klasyfikacji.
I niestety nagle do mnie dotarło, że identyfikuję się biegowo z... krasnoludem Gimlim.
Ten rączy krok urodzonego biegacza!
Ten wytrenowany system efektywnego oddychania.
No jakbym siebie widziała.
Te teorie biegowe, które mój daleki prapraszczur Gimli wygłasza płynnie, dając dowód na to, że cała ta kołomyja to dla niego jedynie przebieżka w tempie konwersacyjnym.

No i tak, oprócz oczywiście  wrodzonego talentu biegowego, jeszcze parę rzeczy to by tłumaczyło.

Ten wzrost...
159 wzrostu (w wersji  optymistycznej), w świecie ludzi kwitowany jest jednoznacznie:
"chyba w kapeluszu i na obcasach"+ rechocik,  lub mniej wdzięcznym: "osoba wzrostu siedzącego psa".
Ale jak na krasnoludkę, to całkiem wyrośnięta jestem.

Moje podejrzane ciągoty, do kręcenia się w okolicach żelastwa.
Teraz takie "dżenderowe" czasy, że kobieta na siłowni nie robi  rewelacji.
Niemniej jednak osoba mojej cherlawej postury,  robi ludziom zwarcia  na łączach, kiedy zaczynam się sadzić do sztangi.
Ma to swoje zalety. Nie muszę się prosić o trenera, pakerzy sami z siebie, z szaleństwem w oczach lecą z pomocą i dobrą radą, często rzucając  co robili (trzymali). Chyba ze strachu, że mnie sam goły gryf przygniecie i dopiero będzie bal. A co dopiero jak zaczynam coś na gryf zakładać i wygląda, że planuję coś z tym dalej robić, np. wrzucić to na siebie.

Swoją drogą, jestem naprawdę wdzięczna tym miłym osobom, za poświęcony czas i korektę. To jest naprawdę przemiłe z ich strony. Oby nie upadali na duchu. :-)

I jeszcze maniery przy jedzeniu...
Niebiegowe, ale tak, sceny z uczty u Bilba też mi dały do myślenia, skąd wywodzą się moje geny.

Krasnoludzkie szlaki.

A kot mówi, że faktycznie, wszystko się zgadza! 
Zaobserwował nawet, że w wieku lat ponad 40tu, zaczynam chyba  w końcu dojrzewać jak krasnoludce przystało, bo broda mi zaczyna rosnąć.


P.S: Żadna broda mi nie rośnie! To są pomówienia ofutrzonego węża.

piątek, 23 stycznia 2015

Taka sobie baba, w taką sobie zimę.

Jak papuga na gałęzi pieprzowca (pieprz rośnie na pieprzowcu?) bujam się tej zimy, kompletnie
beztrosko, od pomysły do pomysłu, od maniackiej aktywności do  wylegiwania się na kanapie.
Co pogoda przyniesie, co głowa wymyśli- wciągam na siebie bajecznie kolorowe legginsy od Nessi Sport i  robię.
Chce mi się pobiegać, pobiegam.
Śniegu napada i aż  2 dni leży (!!! litości, 2 dni śniegu w zimie?!), nie zasypiąjąc gruszek w popiele, chwytam za narty i grzejemy do lasu.
Chcę się zmęczyć, idę na trening Funkcjonalny, chcę  spokojnie pokontemplować kontrolowany ból- półtorej godziny solidnego stretchingu z zaangażowaną w swoją pracę instruktorką, potrafi poukładać człowiekowi w głowie jak mało co.
Mam lenia, to siadam na kanapie i siedzę aż mi się odechce, stanowczo walcząc z durnymi wyrzutami sumienia, że nie idę, nie biegnę, nie ćwiczę.
Jak mi się zachce to poćwiczę, obowiązku nie mam. Doszłam do wniosku, że to nie jest jakiś wyścig po order z kartofla.

I tak to sobie uprawiam beztroską degrengoladę, taka sobie baba, w taką sobie zimę.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta kompletna degrengolada, służy mi wyjątkowo dobrze.
Żeby nie zapeszyć: nic mnie nie boli, nic mi nie dokucza, podobają mi się efekty fizyczne i psychiczne. A przede wszystkim, podoba mi się  ta różnorodność i swoboda.



 Mam jednak  cień nadziei, że zima nadrobi w lutym, albo może w marcu i kwietniu, bo bym sobie jeszcze z przyjemnością biegówek poużywała. 2 razy w roku, to jednak trochę mało.

A kot się jakoś zadumał...



wtorek, 11 listopada 2014

Z perspektywy biegacza.

Bieganie zmienia perspektywę.
 
Nawet bieganie w bardzo rekreacyjnym zakresie powoduje, że pewne rzeczy stają na głowie.
Rzeczywistość ujawnia swą dualną naturę.

Odległości.
Bieganie zakrzywia czasoprzestrzeń, jednostki odległości ewoluują w  dziwaczny sposób.
Takie 10 km.
Kiedyś 10 km to było "daleko". Odległość  nie do pokonania na piechotę. Wsiadałam do samochodu albo szłam na autobus.
A teraz
- Ile dzisiaj przebiegłaś?
- Eee, dzisiaj krótko, tylko 10 km.
I to naprawdę jest "tylko 10 km". Żadna rewelka, raczej dość standardowa jednostka biegowa.
A ile  muszę się nakombinować jak przychodzi długie wybieganie i trzeba nadeptać  te naście, dwadzieścia km.
Wbiegam do "kiedyś wielkiego lasu" i kręcę się po nim jak chomik w karuzeli depcąc po własnych śladach i zaliczając wszystkie boczne ścieżki. Na koniec dobiegam do punktu wyjścia i okazuje się, że brakuje 1,5 km. No to kręcę małe kółka  wkoło domu/samochodu jak potłuczona.
No bo już "wszędzie byłam"
No i właśnie, wartość odległości uległa tajemniczej dewaluacji.

Jesienna depresja.
Ale że co?
Nie mam czasu, na termometrze za oknem 7 st C + chłodny wiatr. No w końcu zelżał ten upał, więc nie czas na depresję, skoro w końcu można komfortowo pobiegać bez gotowania się we własnym sosie po pierwszych 100 metrach.
Do tego w lesie święto jesieni. Piękno oczywiste. Szał kontrastów. Wściekle intensywne, wilgotne jesienne kolory zanurzone w siwych mgłach.  Urlop powinien przypadać w październiku.
Jaka tam depresja, jak mózg się gotuje od nadmiaru pozytywnych wrażeń.


Temperatura.
Jak wyżej. Pojęcia: ciepło/zimno, jakoś już nie znaczą, tego co znaczą.
(No jak u Leśmiana prawie:
" a słowa się po niebie włóczą i łajdaczą
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!..."
Jestem zmarzluchem. Temperatura 7 do 0 st C to już bardzo zimno. Kozaki, czapy, szale, gruba kurta.
A  do biegania to jest super komfortowa temperatura, w sam raz na spodenki 3/4 , jedną cienką bluzę i cieniutką wiatrówkę. Luz, komfort i "niechtakbędziecałyrok".
No to jest ciepło czy zimno? Sama nie wiem.

Ubranie.
Zestaw: krótkie spodenki + czapka i grube rękawiczki?
Jedne cieniutkie skarpetki na - 20 st C?  No normalne przecież.
Cienka wiatrówka z kapturem to  uniwersalny ciuch całoroczny. Ta sama sprawdza się tak samo dobrze przy + jak i przy - 20 st.C.

Buty (biegowe).
Kompletnie wszytko na głowie postawione.
Nie wiem jak mi to przez klawiaturę w ogóle przechodzi, ale ... nie ma znaczenia jak wyglądają, jaki maja kolor, markę i co gorsza... cenę. Jeśli jest szansa że "to te" to po prostu je kupuję.
W dodatku okazało się, że nie ma butów za cienkich. Na każdą porę roku, zimę też, buty biegowe mają być przede wszystkim lekkie, przewiewne i... przelewne. Niech się wlewa co chce, byle się wylało, odparowało i oddychało.
Żadnych ocieplanych, wodoodpornych cudów na kiju.

Kalorie.
Kalorie jak kilometry. Im więcej biegam tym większej dewaluacji ulegają kalorie.
Ile bym nie zjadła... i tak wychodzi, że jestem głodna a na wadze ubytek.
Niby fajnie, ale to dziwne trochę, żeby kobietę taniej było ubierać niż karmić.
Jeszcze dziwniejsze są chyba moje jęki : " o matko, no muszę przytyć".

Schody.
Kiedyś schody to była dla mnie "przeszkoda ". Lazłam w górę i tylko zadyszki dostawałam.
Teraz objawiły swój geniusz. Dla biegacza to genialny wymysł architektoniczno- rehabilitacyjno-gimnastyczy.
Im bardziej strome tym lepsze.
Achillesy można sobie zrehabilitować,  siłę poćwiczyć,  interwały zrobić, a po wszystkim wydajnie i wygodnie się rozciągnąć.


Nogi.
A zwłaszcza cudze. Bez różnicy damskie czy męskie, młode czy stare, krótkie czy długie, zgrabne czy na beczce prostowane.
Łypię na nogi i kalkuluję: biegacz czy tylko chudzielec? Przeliczam proporcje i suchość łydki do nabudowania ud, wypatruję mięśnia piszczelowego przedniego. I bawię się w zgadywanki: czy to biegacz, cyklista, a może tri?
A może inne cudo w jeszcze inny sposób użytkujące nogi swoje?

W czarnych butach pozdrawiam,
Ratlerek


A kot mówi, że po jego nogach od razu widać, że on to jest kwadro, w związku z czym wszyscy tri mogą mu nadmuchać. Cieniasy na trzech.

sobota, 1 listopada 2014

Nie biegam biegów, na które się zapisałam.

Właśnie tak.

W tym roku, konsekwentnie nie biegam biegów, na które się zapisałam.
Taką mam ostatnio fantazję.

Na początku to były porywy "pieprzu pod ogonem" w koktajlu z atakami zdrowego rozsądku.
W wyniku tego koktajlu nie pobiegłam Biegu Świętojańskiego 2014 (10 km).
Najpierw się zapisałam oszołomiona faktem, że już mnie noga nie boli i planowałam przetruchtać sobie ten nocny bieg, dla samej przyjemności pobiegania Nocą Świętojańską po Gdyni.
Potem przemyślałam, pakiet odsprzedałam i nawet całkiem na tym wyszłam.
Wdzięczny "odkupiciel" obdarował mnie wielką czekoladą.
Tym sposobem miło spędziłam wieczór, jedząc czekoladę na bezpiecznej kanapie, zamiast  odstawiać galopady po asfalcie. Chyba jednak na 100% zbyt wcześnie po kontuzji.

Na koniec lata poczułam się pewniej. Na tyle pewnie, że już całkiem świadomie postanowiłam wystartować w biegu który swoją nazwą wywołał u mnie atak śmiechu.
Gadus Bieg po Rybę organizowany w Gdańsku. Do wyboru dystans: 5, 10 i 15 km.
Bezpiecznie dla nóg, po lesie. To  się szykowałam na piąteczkę.
Niestety raczej za rok. Tym razem na przeszkodzie stanął istny Sajgon w pracy.

Kolejne podejście i opłacenie pakietu startowego.
Już mi znany bieg z cyklu: Karwiny Biegają.
8 km po lesie. Komfortowo bo bieg  organizowany dosłownie "tuż za płotem", ciekawy bo w części lasu do której się nie zapuszczam.
I było wszystko: plan, uiszczona opłata, nawet śmakaś forma, mega ciekawość jak mi się pobiegnie w odniesieniu do startu w tamtym roku i... przypałętała się angina.
Miała czas na dopadnięcie mnie kiedykolwiek. Ale nie, musiało to być właśnie dzień przed zaplanowanym startem.
Karwiniacy biegli, a ja zdychałam pod kocem z nieszczęścia pojękując głosem Louisa Armstronga.

Do 3 razy sztuka.
Na razie nauczona doświadczeniem, postanowiłam do końca roku nie zapisywać się już na nic.
Najwyżej kupię jakąś mega wielgachną czekoladę i dawno po zapisach, tuż przed startem, żeby nie zapeszać, przekabacę kogoś zapisanego.

Niestartowo pozdrawiam,
Ratlerek

A kot pyta, czy po tą rybę to na pewno trzeba biegać?
Bo by reflektował, ale żeby od razu biegać?
Może by coś lepiej popilnował? Tę rybę na przykład?