sobota, 31 maja 2014

Prawie zapomniałam.

Szkoda, że żab na zdjęciu nie słychać.
Na blogu jeszcze prawie zima. Ostatni wpis to ledwo pączkująca wczesna wiosna na zdjęciach, a tu przecież już prawie
lato, truskawki, słońce i zieleń wszędzie.
Zatrzasnęłam się w klubie fitness i ledwo czasami nosa wystawiałam, na co raz bardziej zielony świat.
Biegania było malutko i mocno asekuracyjnie.
Cały czas na nasłuchu: czy aby nie boli, czy znów coś nie dokucza.
Niestety po przeprowadzce, moje  przydomowe trasy biegowe, jakieś takie niewydarzone.
Niby las a jakiś zapyziały, ścieżki krótkie, kręcę się po nich w kółko jak chomik w kołowrotku, aż się odechciewa całkiem tego biegania.
Dziś to już mi się tak nie chciało wychodzić, że z tego niechciejstwa aż się coś pozytywnego urodziło niechcący.
Bo wsadziłam do prania buty. Niebiegowe.
Ale miałam w nich wkładki od butów biegowych. No i zonk, wkładki w pralce, a bez wkładek odciski jak spodki murowane bo bieganiu.
No i co tu teraz?
Poszłam bez większego entuzjazmu grzebać w szafkach z butami.
I znalazłam! Zapomniani przyjaciele. Niebieściutkie jak akurat rozkwitające łubiny Adidaski FR.
Popatrzyliśmy po sobie (mnie trochę głupio było w sumie) i... pobiegliśmy razem na stare ścieżki.
Na przeprosiny. Do odleglejszego teraz, ulubionego lasu. To ich ścieżki, nimi pierwszymi je wydeptywałam.
Jak tam jest pięknie!


I mi się przypomniało!
Przypomniało mi się, co takiego w całym tym bieganiu lubię najbardziej. Dlaczego to robię, dlaczego chciało mi się, nawet jak mi się nie chciało kompletnie.
Bo tak przyjemnie jest sobie pobiec do lasu.
Bez planu. Bez namysłu. Ot tak po prostu. Biec wolniej lub szybciej.
Uciekać przed komarami. Zostać ogłuszoną przez rajcujące żaby i przywitaną na podmokłej ścieżce klangorem żurawia buszującego obok na mokradłach. Wypluć płuca na znienawidzonym a jednak takim swojskim, bo nie do ominięcia podbiegu. Obtłuc nogi na tutejszych leśnych poniemieckich kocich łbach.
Zatchnąć się widokami tak, że po prostu się musi bo się udusi, zatrzymać i zrobić kilka foć.
A garmin niech tam sobie liczy czasy nieistniejące, liczydło jedno.
A nawet przysiąść sobie z zachwytu i posiedzieć i popodziwiać zieloności.
A garmin niech sobie pika, "pikaczu" jeden mechaniczny.
No nie za długo, dopóki komary się nie zlecą. Czyli całkiem króciutko.
Przynajmniej jeden garmin zadowolony, że ma co znowu rachować, rachmistrz jeden.


O rany, jak ja mogłam to zapomnieć?

Truchtając starą ścieżką,
pozdrawiam!
Ratlerek.

A kot mówi, że normalnie to by powiedział, że skleroza nie choroba, tylko nogi od niej bolą.
Ale  z nami to jest wszystko nienormalnie i to jego od nas głowa boli.


Nie biegowo. Rafał Majka (Tinkoff-Saxo), dzielny chłopak, po wspaniałej walce w Giro de Italia, ostatecznie na 6 miejscu w kalsyfikacji generalnej. Brawo!
Jechali jeszcze Przemek Niemiec (Lampre Merida) i Paweł Poljański (Tinkoff-Saxo)
Namnożyło nam się doskonałych kolarzy, startujących w światowych turach, aż serce rośnie!

 fot. La presse.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Leniwe opalanie łydek.

Leniwe opalanie łydek, czyli... już nawet biegam. Nie umarłam.

Pokornie odrabiam frycowe. Robię od początku wiosny to, od czego powinnam zacząć bieganie w ogóle.
Schowałam garmina, a z garminem wszelkie okołobiegowe napięcia.

Nie planuję startów, nie mierzę tempa, odległości, tętna.
Zakładam Minimusy i spokojnie wychodzę "się przebiec", tylko jak mam na to prawdziwą ochotę. I biegnę tylko tyle, póki mam ochotę.

Nogi na razie zadowolone z tej mało ambitnej polityki biegowej, głowa też.
Zniknęły smuteczki, że biegam za wolno "bo wszyscy biegają szybciej", za mało "bo wszyscy biegają częściej", za blisko "bo wszyscy biegają więcej km"...
Reset.

A w przyszłym roku, może jednak półmaraton. Jakieś marzenia biegowe jednak warto mieć.
Ale na razie, jeszcze trochę spokojnie i bez spiny, poopalam łydy.
 

W ramach przyprawy do tego  morza spokoju: fitnesuję się. Na sucho dla odmiany.
Zawsze uważałam, że "fitnesy" to nuda. No cóż. Nie mogłam mylić się bardziej.
 
Stretching mi udowodnił, że można bite 25 minut dygać kombinacje desek, aż człowiekowi trzeszczą ramiona, dymią mięśnie brzucha i ciemnieje w oczach. I to tak na rozgrzewkę, bo zajęcia trwają godzinę.

Step- zagotował mi w głowie. Kombinacja głośnej muzyki, ostrego tempa i baletowych układów tanecznych na schodku, powoduje u mnie przegrzanie systemu nerwowego i wybuch atomowy.
Jak się zobaczyłam w lustrze po pierwszych zajęciach, to się sama siebie wystraszyłam: mord w oczach, apoplektyczny burak na twarzy, trzęsące się ze złości ręce. Przerażona zawróciłam z szatni i pół godziny robiłam jogę na uspokojenie.
Ale walczę, bo w sumie fajne na kolana i daje w kość, byle tylko coś z tą głową wymyślić.
Może stopery w uszy?

Body Ball. To było tak:
Łe - myślę sobie - piłeczki. To raz pójdę na łatwiznę. Nażarta po świętach jestem, poturlam się na piłce, zrelaksuję.
No i poszłam. Dostałam takie wciry, że już po 30 minutach zajęć  bałam się, że  zwymiotuję z wysiłku na tą cholerną piłkę. Po godzinie zajęć i wykonanym jakimś milionie brzuszków, przysiadów, desek, wykroków z przytrzymaniem wypalającym mięśnie ud żywym prądem , wyczołgałam się z sali sama nie wiem jakim cudem. Nie pamiętam. A może jednak mnie wynieśli?

W planach jeszcze mam zapoznanie się z Body Pump, ABT, TBC, Bosu.
Po doświadczeniach z Body Ball, aż się boję co oni tam wyprawiają i w jakim stopniu mnie to sponiewiera.
Jak przeżyję jakoś te fitnesy, to będę biegać jak klacz wyścigowa, albo i lepiej.

Przeciągając się leniwie
pozdrawiam
Ratlerek już na 4 łapach.

A kot mówi, pytany cóż wyprawia w moich strojach plażowych, że tym sposobem szykuje boską formę na lato.
Podobno tłuszcz sam się wytapia pod wpływem napromieniowania przez UV zmagazynowane w strojach plażowych. Wystarczy się w nich powylegiwać 3 razy w tygodniu przez 15 minut.






Sezon biegowy mam do bani, za to sezon kibicowania naszym  orłom i sokołom na 2 kółkach...
Brak słów z zachwytu! Kwiatek nie wypada poza ścisłą czołówkę.

Dwa Michały. Kwiatek z Gołasiem.    Fot. Paweł Skraba.

sobota, 22 lutego 2014

Po warszawsku, czyli brzuchem po piasku.


A raczej śniegu, ale się nie rymuje.
Bo zima była, jakoś tak w tym roku, jakby na złość przez chwilę ledwie.
Ale jakoś tam, starczyło czasu na wypróbowanie  nowej aktywności.
Biegania na nartach.

Miało mi to od biedy zastąpić zwykłe bieganie póki nie było możliwe, a okazało się olbrzymią frajdą wartą osobnej uwagi.
Chyba nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jakbym miała wybór przez cały rok, to chyba wygrałyby biegówki.

Wyjatkowo przyjemny sport, łagodniejszy dla ciała niż bieganie a bardziej ogólnorozwojowy.
Po pierwszym razie, miałam zakwasy wszędzie. Nawet w szyi, co mi się chyba zdarzyło po raz pierwszy w życiu.

Niewiele razy udało mi się pobiegać na nartach i wciąż czuję się na biegówkach jak pijana stonoga, próbująca się utrzymać w pionie.
Tyle tych rzeczy na raz do opanowania: narty, kijki, nogi (no naprawdę chyba 4 w tym przypadku) , ręce (z 8 nagle jakby), równowaga, trzymanie się śladu (daj boże jak jest jakiś), oczy i zęby- żeby sobie kijkami nie wybić. I jeszcze krzaki czyhające po bokach tras byle chwycić nartobiegacza za kijek.

Zjeżdżanie z nawet niewielkich wzniesień na biegówkach... na razie lepiej pominę milczeniem, bo na ogół odbywa się w stylu "warszawskim". Bywa przykre, ale znacznie podnosi walory humorystyczne tej aktywności w moim wydaniu.


Podsumowując ten krótki zimowy romansik - chyba pierwszy raz w życiu będę wyczekiwać kolejnej zimy z niecierpliwością. I w dodatku nie sama, bo Puchatek też bardzo chętnie nartokłusuje więc jak rzadko, można razem.

Swoją drogą ciekawostka. Biegacz bardzo szybko się uczy ograniczać do minimum, wychodzi z domu jakoś tam wcześniej najedzony i napity i te naście km bez łaski biegnie, ograniczając  zabierane ze sobą manele najchętniej do garmina i telefonu. Od biedy jakiś żel i parę zł na picie, jak upały albo dłuższa orka.  Bidon, nerka to wkurzająca ostateczność, kara boża znienawidzona do cna .
A rowerzyści jak te konie juczne. Bez względu co będzie robione, ponapychają w tylne kieszenie bluz i koszulek ile się da i co się da a bez bidonu to nogi za drzwi nawet nie wystawią. 
Ot, taki folklor międzydyscyplinarny.


Pozimowo pozdrawiam,
R.

Kot mówi, że szkoda, że Wierietielny tego nie wiedział.
Albo może i dobrze, że tego nie widział, bo by człowiek zwątpił i osiwiał.

A wiosna już! Ruszył sezon kolarski i jadą chłopaki. Na czele Kwiateczek, który wystartował z takim przytupem, aż serce rośnie. Wygrał wyścig na Majorce, teraz w Volta ao Algarve wiezie żółtą koszulkę (wygrał czasówkę!), tuż przed nosem Contadora. Trzymam kciuki , żeby dowiózł.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ośla łączka 2013.

Małe podsumowanie roku 2013, czyli mojej biegowej Oślej Łączki.

W rok 2013 weszłam ze spadkiem z roku 2012, oficjalnie zarejestrowanym na RunLogu, przebiegniętym dystansem 40,79 km. :-)
W 2013 roku przebiegłam  1022,74 km w  niecałe 10 miesięcy  w 128 treningach biegowych. (reszta to czas kontuzji)

Wystartowałam w:
5 biegach na 10 km, oraz po jednym na 8 km, 5 km i 4 km.

Dodatkowo byłam na 69 zajęciach aquafitnesu.

Po praktycznie każdym bieganiu robiłam sesję rozciągania z jogą dla biegaczy Fiji McAlpin + jakieś dodatkowe ćwiczenia siłowe, trwało to od około 20 do czasami 40 minut.

Oprócz tego wykonywałam ćwiczenia siłowe, skakałam na skakance, trochę jeździłam na rowerze.

W bieganiu towarzyszył mi: forum bieganie.pl,  Garmin Forerunner 210, książki o bieganiu wydawnictwa Galaktyka oraz 5 par butów biegowych.

1. Adidas "nonejmy" stare jak świat.
To je wygrzebałam z dna szafy i założyłam na nogi, jak jeszcze w końcówce 2012 roku wymyśliłam sobie bieganie.

2. Mizuno, model Wave Fortis 3.
Pierwsze buty kupione  świadomie do biegania. Okazały się kompletna porażką nie nadająca się do biegania dla mnie.

3. Adidas model CC Fresh Run.
Strzał w dziesiątkę, kupione z założeniem, że chcę buty jak najbardziej inne od Mizuno.
Buty, które pokazały mi nurt butów w jakich dobrze mi się biega.
Ale przede wszystkim buty, które  skłoniły mnie do zastanowienia się jak biegam i pracy nad tym.

4. NB, model Minimusy WR 10.
Konsekwencja tego, co zaczęło być przemyśliwane na podstawie biegania  w FRach.
I butowa miłość od pierwszego wejrzenia. Bieganie w Minimusach mimo, że dużo bardziej wymagające fizycznie, jest dla mnie najprzyjemniejszym bieganiem i w tym kierunku chcę podążać.

5. Brooks Pure Grit. Typowe terenówki, teoretycznie też z nurtu mini.
Niby wszytko z nimi Ok, wygodne, spełniają wymagania  jakie wobec nich miałam. Ale  jednak bardziej odpowiada mi koncepcja  butów, serwowana przez NB.

Na uwagę zasłużyły także niektóre ciuchy biegowe.
Z całej czeredy koszulek, spodenek, bluz itp, najlepiej się spisały:
Koszulka do biegania z krótkim rękawem NB z systemem Lighting Dry, cienka bluza z długim rękawem Adidas z serii ClimaLight, spodenki 3/4 NB,  cienka wiatrówka od Kalenji, skarpetki letnie od 4F, daszek ASICS.
Zero zastrzeżeń, świetna jakość (poza kurtką kalenji która jeszcze dycha, ale się siepie), ładne wzornictwo ale przede wszystkim 100% funkcjonalności.

To był wspaniały mimo wszystko ośli rok choć zakończony oślą kontuzją, której na razie  końca nie widać.

W rok 2014 wchodzę kulawa, uziemiona i ze świadomością, że żadnych planów, które miałam nie wykonam.
Nie przebiegnę na wiosnę półmaratonu, nie zwiększę dystansów bieganych dla frajdy na wycieczkach biegowych, bo raczej czeka mnie ich zmniejszenie, może w ogóle nie pobiegnę w żadnym zorganizowanym biegu żeby nie ryzykować znów kontuzji w wyniku napalania się na wynik i owczego pędu.
Czeka mnie  powtórka z przystosowywania się do biegania, praca od nowa nad wydolnością.
Trudno. Byle  w ogóle się dało. Na razie nie przyjmuję do wiadomości, że do biegania nie wrócę.


I żeby nie kończyć tak smętnie, to niebiegowy bonusik.
Krótka wizyta w Toruniu, zaowocowała odkryciem smakowitego i klimatycznego miejsca. Bardzo polecam.
Trafiliśmy tam całkiem przypadkiem, po dłuuugim błąkaniu się po starówce w poszukiwaniu jakiegoś  klimatycznego, lokalnego, jak najbardziej "piernikowego i kopernikańskiego" miejsca.
Obeszliśmy  starówkę  we wszystkie strony znajdując mrowie lokalów gastronomicznych z kuchnią włoską (co wszyscy mają z tą pizzą i makaronem jak babcię kocham?), oraz sporo z kuchnią standardową typu: żeberka z grila, dorsz/pstrąg z rusztu- to jest teraz wszędzie takie same, żadna atrakcja.
Do tego chyba kilka  z kuchnią indyjską (?!), amerykańską, meksykańską a nawet o zgrozo ... karaibską.
Sfinx, Mc Donalds, KFC.
Mało nie dostałam cholery, bo głód już ostro w oczy zaglądał. Już byłam gotowa zrezygnować z planu unurzania się w lokalnym kolorycie i  iść z głodu na te włoskie żarcie, albo po prostu do Sfinxa zjeść rybę z warzywami i bez łaski.

Aż całkiem przypadkiem, trafiliśmy do:



Przy browarze jest restauracja więc i z głodu nie padliśmy.
Jednak główna atrakcja to piwo i toruński, piernikowy, kopernikański klimat.
Pierwsze co mnie uderzyło od wejścia, to cudowny zapach. Nie mogłam  pojąć co to jest, bo był to zapach mocny, jednak zbyt subtelny i pełny, żeby pochodził z chemii. Kadzidełek, świeczek, sztucznych pachnideł. Dopiero później doczytałam się, że to zapach towarzyszący procesowi warzenia piwa. W życiu bym nie przypuszczała, że piwo może wydawać takie przyjemne aromaty w procesie produkcji. Podobno obeznany z procesem degustator, jest w stanie na podstawie zapachu panującego w Olbrachcie wywnioskować, na jakim etapie warzenia jest  Olbrachtowskie piwo w kadziach. :-)

Nie jestem  fanką piwa, raczej nie pijam, bo nie lubię zwyczajnie. Wypijam może do kupy ze 2-3 litry rocznie albo i mniej.  Czasem się skuszę na jakieś piwo z browaru Kormoran, bo mają całkiem dobre według mnie. Lub jakieś inne niszowe piwo z niewielkiego browaru. Ale na ogół kończy się to tak, że kupię z ciekawości, wypiję parę łyków: "oj dobre, oj dobre" i "takie dobre", że oddaję Puchatemu.
Ale piwa od Olbrachta całkiem mi posmakowały, do obiadu  dałam radę półlitrowemu kufelkowi Piernikowego,  więc przy moim "przerobie" o czymś to jednak świadczy.

Wzięłam "Piernikowe", bo nie tylko smaczne się okazało po spróbowaniu próbki, ale Toruń, klimat i tak dalej. "Toruńska Śmietanka" też kusiła, a piwo specjalne, ciemne i aromatyczne jeszcze bardziej.
Bardzo pomocny w wyborze, jest  oferowany "zestaw degustacyjny". 4 małe kufelki po 125 ml, ze specjałami Olbrachta, 3 stałe pozycje i 1 piwo specjalne, podobno co miesiąc inne, bardzo pomaga w wyborze bez strzelania w ciemno.


Na zdjęciu  zestaw degustacyjny, od lewej:
1. Piwo specjalne. Trafiliśmy na ciemne, aromatyczne, 6%,  wytrawne piwo. Bardzo dobre!
Niestety nie pamiętam nazwy.
2. Piernikowe.  Lekko słodkawe, gęste, pełne aromatów korzennych przypraw. Mnie najbardziej przypadło do gustu.
3. Śmietanka Toruńska. Piwo pszeniczne i tu moje zdziwienie. Jak nie lubię piw pszenicznych, tak to było naprawdę smaczne. Rześkie, lekko owocowe w smaku. Według opisu z nutą bananową,  ale jak spróbowałam, to pierwsze wrażenie jakie miałam, to smak dojrzałych, mącznych, słodkawych papierówek wygrzanych w słońcu.
4. Klasyczny pils. Dla mnie najmniej chyba lubiany typ piwa, ale pils Olbrachta nawet jak dla mnie, był znośny w smaku. Puchatek skusił się właśnie na tego klasyka.

Dania główne dobre. Fajnie pomyślane. Porcje jak na dzisiejsze standardy średnie, ale dla mnie akurat a nawet z naddatkiem. Najadłam się (a byłam już mocno głodna) a nie przejadłam, dałam radę całemu  i zostało mi miejsca na piwo i trochę na siłę deser. Ale jakbym miała zjeść jakąś przystawkę, zupę, porcję główną i piwo- to nie dałabym rady.

To mi się w polskiej gastronomii nie podoba. Zamiast  drogich, wielkich porcji, liczyłabym na mniejsze porcje za 1/2  a nawet 1/3 ceny, za to pozwalające na zjedzenie właśnie: przystawki, zupy, porcji głównej, a dla  co żarłoczniejszych i deseru.

Jadłam gęsinę z pierożkami z kaszą plus surówka z modrej kapusty. BARDZO! fajny pomysł. To na te pierożki się skusiłam właśnie. Były  świetne. Lepsze niż mięso. To one grały pierwsze skrzypce w tym daniu i decydowały o jego charakterze. Naprawdę widać, że żaden standardowy garmaż, że robione chyba na miejscu.
Puchatek wchłonął kaczkę w sosie  porzeczkowym. Też z pierożkami, ale z jabłkiem. I znów genialny pomysł z tymi pierożkami!

Czego nie polecam? Deserów. :)
Lepiej nawet nie próbujcie.
Weźcie kolejne piwo. Browar to browar a nie cukiernia.
Jeśli  zdarzy mi się mieć okazję  wrócić do Olbrachta (chętnie), to  raczej docelowo na przekąski do piwa:  śliwki w boczku i carpaccio z polędwicy wzbudzają moje pożądanie powrotu do Torunia. No i piwo!


 Po piwie, to tak w sumie nie wiadomo, prosto, krzywo, jeszcze tylko bruk, czy to już wyboiście?

A kot pyta, że co ja z tym Toruniem, ośla głowa? Przecież jedne święta już były, więc nie o piernikach, tylko o babach wielkanocnych czas myśleć.








sobota, 28 grudnia 2013

Zmęczeniowe złamanie kości, czyli konsekwencje czynów.

Coś z tym moim bieganiem ciągle pod górkę i wyboistą drogą.
Moje przedłużające się boleści goleni, zniecierpliwiły w końcu rehabilitantkę,  świętą panią Natalię z Rehasportu.
Zaowocowało to wezwaniem na pomoc ciężkiej kawalerii medycznej. Ortopedy doktora Pawła Rybaka.
Oględziny i wywiad w pierwszej chwili potwierdziły wcześniejsza diagnozę: zapaleni okostnej przy piszczeli.
Ale dociekliwość  lekarza został podrażniona niepoddawaniem się mojej kontuzji rehabilitacji.
Już nie powinno boleć. Ponad miesięczna przerwa w bieganiu + zabiegi manualne powinny już pomóc.
Powinnam już biegać bez bólu.
A ja co? Po lekkich 6 km, zjawiam się znów kulawa i z opuchlizną na dokładkę. Jak jakiś wyrzut sumienia.
Pan doktor, kazał zajrzeć do środka.
Najpierw RTG -  czysto.
Na wszelki wypadek, choć bez większej wiary w wykrycie czegokolwiek, zlecono jeszcze USG.
I tu ZONK.
Pani doktor Joanna Niemunis-Sawicka, najpierw oświadczyła smętnie, że zna lepsze sposoby na życie niż bieganie. Potem smyrała i smyrała po nodze i już myślałam, że na tym się skończy, aż tu pani doktor dziabnęła mnie głowicą od aparatu USG w jakiś czuły punkt, nie bardzo tam gdzie teoretycznie był problem:
- Tu! - stwierdziła pani doktor.
- AŁ! - zameldował Ratler.
- I tu!
- AUuuu!!! - zaśpiewał Ratlerek cienkim głosem.
No i tym sposobem się dogadałyśmy. Pani doktor znalazła 2 ogniska "złamaniowe".
Malutkie, koło 4 mm.
Niby nic. Ale diagnoza bolesna: 2-3 miesiące bez biegania. Bez skakania. Bez wykroków, wypadów, czegokolwiek co obciąża nogi.
Odpoczywać, regenerować się, dać sobie czas.

I tym sposobem  wszelkie plany biegowe na rok 2014 poszły się paść, a wypracowana forma odpływa sobie z dnia na dzień we wspomnienia.
Najpierw byłam wściekła, potem załamana, potem się obraziłam i stwierdziłam, że z bieganiem KONIEC! Mam dość. To nie jest sport dla normalnych ludzi.
Teraz  po prostu czekam grzecznie.
Zapisałam się na aquafitness na 3 razy w tygodniu. Czasami machnę jakieś nie angażujące nóg siłówki. Czekam na śnieg, bo wolno mi biegać na nartach. To nie generuje uderzeń nóg o ziemię więc można.
Jakoś przetrwam.


Może komuś pomogę nie popełnić moich błędów, więc objawy jakie miałam.
Bolało mnie jakoś tak od września.(!)
Ból nie był mocny, raczej tępy z czasem piekący i co najdziwniejsze, na początku właściwie nie przeszkadzał mi biegać.
Bolało mnie  na środku goleni, przy tuż przy kości piszczelowej, lekko od wewnętrznej strony nogi. Pojawiała się lekka opuchlizna, płaska, lekko bolesna, wyczuwalna przy naciskaniu i czasami widoczna.
Bolało mnie głównie przy chodzeniu, w momencie przetaczania stopy od pięty do palców.
Nie bolało mnie prawie przy bieganiu.
Trochę jak zaczynałam biec, potem po kilku, 2-3 km ból potrafił przejść prawie zupełnie, pojawiał się znów po przekroczeniu kilkunastu km lub wykonaniu mocniejszych akcentów (przebieżki, podbiegi).
Jak robiłam parę dni przerwy w bieganiu, malał. Ale nie przechodził, zawsze gdzieś tam przy chodzeniu i na schodach go czułam.
Myślę, że wtedy to jeszcze nie był etap złamania.
Patrząc wstecz, widzę że najbardziej chyba zaszkodziły mi długie letnie dni, pozwalające na dłuższe biegi robione przez 2-3 dni z rzędu (piątek, sobota, niedziela) mimo nawracającego bólu. A potem feralny kros na 8km który zaostrzył ból.
I gwóźdź do mojego biegania: Bieg Niepodległości 11 listopada.
Noga już mnie wyraźnie bolała. Miałam problemy z chodzeniem po schodach i chodzeniem w ogóle. Utykałam. Kiepsko też było z bieganiem, zanim się "rozruszałam" wyraźnie kulałam choć nadal przy bieganiu bolało najmniej.


Trochę więc pauzowałam żeby dać nodze odpocząć, ale byłam zdeterminowana i na start stawiłam się nafaszerowana ibupromem i... poleciałam. Głupie to było. Ale  wiem to teraz.
I to był koniec. Myślę ze to właśnie wtedy ze stanów zapalnych i przeciążeń, kontuzja  przeszła w stan złamań zmęczeniowych.
Do domu jeszcze wróciłam  na własnych nogach. Ostry ból pojawił się następnego dnia. Coraz trudniej było mi chodzić, przez około tydzień nie byłam w stanie wejść i zejść po schodach. Skakałam na 1 nodze albo jechałam windą nawet na pierwsze piętro. Pobolewała mnie noga w nocy, wcześniej tego nie było, żeby bolała noga w  spoczynku.

Co sobie myślałam?
Najpierw, że to  typowe  bóle piszczeli.
Ale teraz wiem, że bóle piszczeli "odpowiadają" na ćwiczenia (rehabilitacje) i przerwę w bieganiu. Ale trzeba im dać czas.

Potem przemknęła mi myśl o złamaniach zmęczeniowych, ale wydawało mi się to niewiarygodne i bez sensu. Biegam przecież mało.
I tu błąd. Złamaniami zmęczeniowymi zagrożeni są już biegacze wybiegujący raptem 30-40 km tygodniowo. Kobiety wielokrotnie częściej niż mężczyźni (zasługa babskiej gospodarki hormonalnej)
Myślałam: no nie możliwe. To problem zawodowców i amatorów w ciężkim systematycznym treningu. No gdzie mnie taka kontuzja, od tego kulania się po krzakach?

Wymyśliłam więc, że to chyba zapalenie okostnej i poleciałam do RehaSportu bo to już wydało mi się groźne. Tam w sumie potwierdzono  moją "autoparadiagnozę".
Żeby zaciemnić jeszcze bardziej, po pierwszej terapii manualnej na okostną, ulga była olbrzymia! 
Zaczęłam prawie normalnie chodzić, ból zmalał  z dużego na lekki.
Wydawało się, że tędy droga.
Ale ból ciągle był. I ciągle utrzymywała się opuchlizna. Każde podbiegniecie np. przez ulicę, powodowało nawrót większego bólu.

Objawy:
Bolało mnie na środku goleni, tuż przy piszczeli. Wyraźnie czułam, że to nie był ból z mięśni.
Opuchlizna, płaska i nieregularna, utrzymywała się na środku goleni. I to też mylące, bo pęknięcia  są sporo niżej, jakoś tak w 1/4 kości goleniowej od dołu i bardziej po wewnętrznej stronie. Czyli największa wyczuwalna na co dzień bolesność i opuchlizna pojawiały się sporo wyżej i bardziej z przodu kości.
Złamanie zmęczeniowe powstaje etapami. Spotkałam się z określeniem, że jest to" kontuzja twardzieli", ludzi którzy biegają mimo bólu.
Ja bym raczej  nazwała ją "kontuzją oszołomów", albo nie owijając w  bawełnę: " kontuzją głupców liczących na to, że rozbiegają ból".
Żeby doszło do złanania zmęczeniowego, potrzebna jest kumulacja przeciążeń i notoryczny brak odpowiedniej ilości regeneracji, rozłożone w dłuższym czasie. Tego typu złamanie w odróżnieniu od normalnego złamania, nie powstają w skutek nagłego, jednorazowego urazu.
To suma zaniedbań i zignorowanych sygnałów organizmu. Trzeba sobie na to solidnie zapracować, własnym oślim uporem. 
Najpierw jest nadwyrężenie mięśni co powoduje, że przestają one spełniać swoją funkcję amortyzującą i przeciążenia  związane z amortyzacją przechodzą bezpośrednio na kość. Ignorowanie tego stanu przeszło w moim wypadku w zapalenie okostnej. Stąd tak dobra odpowiedz na rehabilitację manualną stosowaną przy zapaleniu okostnej- bo to też było.
Dalsze ignorowanie bólu i bieganie pomimo niego, powoduje tak duże przeciążenie kości, że dochodzi do jej pękania.

Co powinno zwrócić uwagę?
Chyba głownie przewlekłość bólu i jego nie ustępowanie w wyniku przerw, chłodzenia, rozgrzewania, stosowania zewnętrznych środków przeciwzapalnych (stosowałam traumon), rehabilitacji, ćwiczeń na wzmocnienie mięśni bolącej partii nóg i wyrównujących ewentualne dysproporcje czy kompensowania.
A! I przede wszystkim moją uwagę powinno zwrócić, złajanie mnie jakoś przy pierwszej wizycie w Rehasporcie przez  rehabilitanta, za zbyt szybkie zwiększanie dystansów. Ale to było "dawno" i mi się wydawało, że już nieprawda.

Co jest przyczyną u mnie?
Słabe przygotowanie mięśniowe do biegania.
Podejrzewam też, że zbyt gwałtowne zwiększenie objętości przekraczające moje możliwości na danym etapie.
Dysproporcje w pracy mięśni między stronami ciała.

Co prawdopodobnie nie jest przyczyną u mnie?
Technika biegu. Gdyby to była ona, doszłoby do tej kontuzji wcześniej.
Ale to będziemy z panią Natalią badać.
Buty mini. Wszyscy badający mnie wiedzą i widzieli w czym biegam. Nie upatrują w tym przyczyny.
Trzeba wzmacniać mięśnie i tyle.
Oraz co najważniejsze, mieć na uwadze, że się nie ma już lat nastu, tylko ponad 40ści. Ma  się od kilku lat pracę biurową, czyli siedzącą. I wszędzie wozi zad samochodem, czyli nie chodzi prawie wcale. A to ważne!

Co dalej.
To kontuzja z serii: czas, odpoczynek i dobra dieta.
Można  przyśpieszać regenerację kości zabiegami, ale jak usłyszałam koszt to postanowiłam poczekać. A na szopki z NFZtem nie mam zwyczajnie ani czasu, ani chęci.

Sama z siebie, wybieram się na dodatkowe badanie gęstości kości. Zawsze byłam "chudą szkapą" a to u kobiet często przyczyna zachwiania równowagi hormonalnej, co może prowadzić do  powstania osteopenii, a w dalszym czasie nawet osteoporozy.

No i wzmożenie myślenia i dmuchania na zimne. Aż u 60% !!!! biegaczy, którzy doświadczyli tej kontuzji, dochodzi do jej nawrotów.

Więc za jakieś 2 miesiące kontrola: USG. Jak będzie czysto, można wrócić do biegania.
Na razie czekam na śnieg.

Człapiąc pozdrawiam,
Ratlerek.

A kot mówi, że tak mu mnie żal, że lepiej na razie nic nie będzie mówił.
Czyli się dokonało. Gad ofutrzony, ludzkim głosem przemówił .



sobota, 21 grudnia 2013

BIEGOWYCH!

* * * 
Spokojnych, szczęśliwych i radośnie przebieganych
 puszystym, śnieżnym szlakiem świąt, 
oraz spełnienia się wszytkich biegowych planów w nadchodzącym Nowym Roku 2014,
 życzą: Ratlerek 
i Kot.
***
A kot mówi, 
że na Wigilię planuje przemówić ludzkim głosem. 
Że niby coś powie a nikogo nie obrazi.
Ani do niczego się nie przyczepi. 
Żeby było miło na święta. 

 * * *

niedziela, 15 grudnia 2013

Jak nie biegać.

Wzrok bazyliszka + cykliczne: MIAAAU!
Jak nie biegać, jak człowiek aż piszczy?
Jak nie biegać, skoro człowiek to twarda i uparta bestia, zęby w ścianę, ibuprom w ostateczności, ale zrobione będzie i to z bananem na gębie?
Na dodatek w każdym z nas  tkwi wewnętrzny kapral. A ten wiadomo, połączenie osła z panną lekkich obyczajów. Oględnie mówiąc, (młodzież lurkuje to matce dzieciom wulgaryzmów używać nie wypada) bestia to nie do zdarcia i nic mu nie przetłumaczysz.
Prawie jak kot domagający się swojej  codziennej porcji surowego mięsa.

Niestety jakoś trzeba. Metoda na kaprala, daje efekty opłakane.
Kontuzja się babrze i końca jej nie widać.

Zamiast grzecznie siedzieć na tyłku, pobiegało mi się ostatnio skoro noga nie bolała, to trzeba teraz wypić to piwo co się go radośnie naważyło.
Krajobraz na placu boju wygląda tak: kontuzja odnowiła się natychmiast. Święta pani Natalia, zbombardowana błagalnymi esemesami w ilości fafdziesięciu, nagięła czasoprzestrzeń i wynalazła jakiś termin na już, upychając mnie między pacjentem 67 a 68 tego dnia i litościwie przyjęła, prawdopodobnie kosztem swojej  przerwy i tak zajętej inną kontuzjowaną niemotą.
Kolejna terapia manualna, kolejny zakaz biegania, postraszenie jeszcze raz tym samym:
1. jak się to zapaprze, to ponoć potrafi dojść do stanu, że trzeba strzykwą ściągać to, co tam się  zbiera w wyniku stanu zapalnego.
2. jak się nie wyleczy do końca, to może się paprać latami.
3. gipsowaniem nie straszyła, ale na początek otaśmowała.

OK. Poczułam się postraszona. I nawet przez 2 dni nie myślałam o bieganiu w kategoriach innych, jak nagłe ataki apopleksji i toczenia piany z paszczy na widok innych biegaczy + knowaniami, jak którego przejechać, ale tak sprytnie, żeby wyglądało na niechcący. 
Człowiek w sytuacji odstawienia, robi się nerwowy i niesympatyczny jakiś taki.
Sprawę pogarsza, że  nie tylko bieganie jest zabronione. Zabronione są też wszelkie podskoki, wykroki, wypady i inne atrakcje, którymi biegacz ewentualnie mógłby się pocieszyć, że wprawdzie nie biega, ale chociaż siłę robi. Czyli odpadają też domowe programy typu "chodak i spółka", tak samo jak większość  samoróbek typu interwały na skakance z braku laku. Otaśmowanie na stałe na  kilka dni z rzędu, wykosiło też basen.

Jakąś pociechą wydawały mi się marsze. Marsze zostały zalecone.
Zaczęło się całkiem przyjemnie. Nawlekłam na siebie ciuchy biegowe w ilości jak na mrozy syberyjskie i opakowana na grubo jak pingwin, raźno pomaszerowałam do lasu.
Mózg na widok lasu przeszedł w tryb przyjemnej ekscytacji i wydał werdykt : pogoda akuratna, warunki do biegania  niezłe, no to ... biegnij. HALO! Biegnij?!
A tu zonk. Ani kroku  truchtnąć nie należy. Co gorsza, maszerować należy ostrożnie, nie za szybko, a jakby coś nie daj losie w nodze się odezwało, zwolnić do spacerku. Górki wszelkie omijać skrupulatnie, żeby nogi nie wnerwiać.


No to marszospaceruję. Podziwiam okoliczności przyrody. Las znajomy, pod stopami ścieżki wielokrotnie przebiegane. Swojsko, miło, ładnie bo polsko do bólu. Spokojnie, szaro, landszafcik miły, jak plasterek na nerwy. Aż się samo w głowie snuło: "...drogą dziwną i zaklętą, sennym zielem porośniętą, pełną ciszy i milczenia i dziwnego przeznaczenia..." Wydawało mi się, że nic nie może się zdarzyć, że nuda do bólu. Aż tu las ukazał nieznane oblicze.
Trasa którą leniwym truchtem "robiła się" zanim się obejrzałam, uległa tajemniczemu  zniekształceniu.
Czy to czasoprzestrzeń się zakrzywiła, czy na wstęgę Mobiusa wdepnęłam przez nieuwagę, czy tylko mózg postanowił się zdrzemnąć, nie wiem. Ale szłam i szłam i szłam i szałam i... szłam.
Prawie usnęłam tak szłam. Swiat znów zmienił wymiary.
Skurczył się podejrzanie jakiś czas temu, akurat jak zaczęłam biegać, a teraz chyba spuchł. Może chory, może też ma kontuzję?

I chyba by mnie szalg trafił i znów by mi się w głowie zagotowało od tego chodzenia, ale odwiedziny na  podgladanych blogach wylały mi kubeł zimnej wody na łeb.

Ojciec którego bloga czytam, choć komentarza  zostawić nie potrafię, mało że kulawy, to jeszcze teraz "bez ręki". Nie wiem co mam napisać, żeby jakoś wesprzeć. Chyba tylko tyle,  że walenie głową w ścianę też jest kontuzjogenne. Więc jakby przyszła taka chwila, to jednak może lepiej szklankę zimnej wody zamiast.

Moni, piękna, młoda biegaczka nakręcona pozytywnie jak katarynka, żegna się dramatycznym wpisem. Kontuzja kolana wlekąca się już długo, uniemożliwia jej nie tylko bieganie, ale  także rowerowanie, pływanie. Siąść i płakać. Jednak wierzę, że młodzieńcza witalność wygra z kontuzją i Moni wróci do tego co lubi. Trzymam kciuki.

Kot, wąż o kamiennym sercu wyhodowany na codziennej wołowince, jadzi z pod koca nucąc niby  przypadkiem: żeby kózka nie skakała, to by nóżkę zdrową miała, la,la,la...

Za to mąż pożałował i przywitał zmarznięta piechurkę obiadkiem.
Sznycelek w płatkach owsianych, sałatka ziemniaczana z kaparami, pieczony boczek. Rozpusta. :-)